Victoria teraz z pewnością miała lat osiemnaście. Młodziutka, nie przygnieciona ciężarem trosk, które starała się z godnością nosić na barkach. W jej śnie nie było żadnego Voldemorta, nie było popsutego Beltane, nie było wizyty w Limbo. Było jej przyjemnie ciepło, choć w miarę czekania na towarzysza, zaczynała odczuwać też chłód – organizm się uspokajał, nie był już tak zgrzany, więc i mogła odczuć orzeźwiające podmuchy na karku.
- Tutaj jesteś – powiedział męski głos, w jej śnie niepodobny do nikogo, ale w jej sennym wyobrażeniu wydawało jej się, że go zna. Kieliszki cicho zastukały, kiedy odłożył je na stolik, a Victoria podniosła się do jakiejś znacznie godniejszej pozycji, którą z pewnością nie było leżenie na blacie.
- Dzięki – powiedziała, sięgając po drinka, upiła dwa łyki, nie czując zupełnie co pije, ale to jej nie zaalarmowało, że to musi być w takim razie sen.
Wstała. Uniosła głowę, uśmiechając się do swojego towarzysza.
I teraz zorientowała się, że to nie był chłopak, na którego czekała. To w ogóle nie był chłopak, tylko dorosły mężczyzna. I nie znała go ni trochę.
- Zatańczymy? – zapytał, uśmiechnął się ironicznie, ale Victoria nie zrozumiała.
Nie zrozumiała.
Co tu robił dorosły chłop, w Hogwarcie, skoro nie był żadnym profesorem? Czemu prosił ją do tańca? Czemu nie był jej dzisiejszym partnerem? Co się z nim stało? To wszystko powinno ją zaalarmować, ale Victoria po prostu rozejrzała się na boki, w końcu czekała na…
Bez ostrzeżenia męskie dłonie zacisnęły się na jej szyi i z impetem uderzyła plecami w ścianę – gdzie ją popchnął, wciąż nie puszczając. Ciemnowłosa odruchowo uniosła dłonie do tych jego, łapiąc mocno za jego palce, próbując odciągnąć jego ręce od swojej szyi.
Ale wtedy on zacisnął je mocniej.
Na oślep wierzgnęła nogą, chcąc kopnąć szpilką napastnika, ale chyba nie trafiła. Łapczywie próbowała nabrać powietrze przez usta, a czas…. Czas jakby zwolnił.
Był od niej dużo silniejszy. Zbyt silny.