Miała wrażenie, że pomoc przyszła w ostatniej chwili. Że gdyby nie znajomy krzyk i zaklęcie rzucone w mężczyznę, to by tu umarła. Całkiem opuszczona i samotna pośród bawiących się uczniów i nauczycieli; nikt nie zwracał uwagę na tę krótką scenę, na rozpaczliwą próbę ratowania własnego życia. Ludzie po prostu się bawili. Że obok rozgrywał się dramat? Nikogo to nie interesowało.
Prawie nikogo.
Victoria opadła na kolana, łapiąc się za szyję, a potem łapczywie próbując nabrać powietrza w płuca. Bolało. Tak bolało… I paliło żywym ogniem, jakby nieznajomy mężczyzna naprawdę był bliski tego, by zabrać jej życie. Tutaj, na tym balu absolwentów, w miejscu, zabawy, świętowania ostatnich tak naprawdę tygodni w Hogwarcie. Z ledwością złapała rękoma najbliższego krzesła, by pomóc sobie się podnieść i dopiero rzuciła okiem na sytuację. Pary wciąż tańczyły, nikt nie zwracał uwagi na hałas, na krzyki Brenny – bo to była przecież Brenna? Nigdzie nie było też tego mężczyzny… Nieco nieprzytomnie spojrzała w kierunku przyjaciółki, kiedy ta do niej dobiegła.
- Ja… - jej głos był słaby, jakby ledwo mogła mówić. Miała też w oczach łzy. Łzy po tym, jak nie mogła przez dłuższą chwilę w ogóle nabrać oddechu. Krwiak i siniaki miały się dopiero pokazać. - Żyję – powiedziała po chwili i trzymając się nadal tego krzesła podniosła się na nogi. Rozejrzała się po sali raz jeszcze – i nigdzie nie było widać tego dziwnego mężczyzny. - T-też go widziałaś? – zapytała po chwili, równie słabo i cicho co przed chwilą. - Nikt nie zwracał uwagi – jedyną osobą, która jakąś atencję jej tu poświęcała była Brenna… I tamten mężczyzna. I… I… i ten chłopak, z którym tańczyła, a którego nigdzie już nie było. Nawet jej nie szukał. Jak on w ogóle miał na imię? To nie było istotne.
- Nie chcę tu już być. Pójdziesz ze mną? – gdziekolwiek. Byle dalej od Wielkiej Sali, byle dalej od tego tłumu, byle dalej od… Po prostu stąd.