Uważnie słucham instrukcji.
Chłonę każde słowo, nie mogąc doczekać się tego momentu, w którym przejdziemy wreszcie do kolejnego etapu zadania. Zajmiemy się jego realizacją. Wiem jak duże znaczenie będzie miało dla nas wszystkich to co wydarzy się tego wieczora, tej nocy. Pokątna stanie w ogniu. Nie cała, oczywiście, a jedynie te budynki, które odpowiednio wcześniej zostały wybrane przez osoby odpowiedzialne za zaplanowanie tego ataku. Budynki powiązane z osobami, które nie powinny stanowić części naszego społeczeństwa.
Kiedy wszystkie informacje zostają przekazane, wraz z pozostałymi członkami mojej grupy, ruszam w kierunku miotlarskiego sklepu należącego do rodziny Wood. Nie jest to miejsce dla mnie obce. Teraz bym się do tego nie przyznał, ale dawniej zdarzało mi się oglądać tutejsze miotły. Cieszyły się całkiem niezłą opinią. Sam miałem okazje sprawdzić, na ile miała się ona do rzeczywistości. I cóż, skłamałby mówiąc, że nie byłem zadowolony z zakupu.
Tylko jakie to miało znaczenie? Na ten moment mniej niż zerowe.
Zatrzymuje się, kiedy pada takie polecenie. Wyjmuję różdżkę i unoszę nieznacznie ku górze. Nie spodziewam się, że to właśnie mi przypadnie w udziale rzucenie pierwszego zaklęcia, ale mimo wszystko... staram się być na to przygotowany. Na to i na wiele więcej. Nigdy nie byłem kimś, kto chował się za innymi i tym razem również nie zamierzałem postępować w ten sposób. To zresztą wcale do mnie nie pasowało.
Potrzebuje chwili, żeby dotarło do mnie, co oznacza spojrzenie, które mi posyła. Niezbyt długiej. Unoszę różdżkę jeszcze wyżej, następnie stosunkowo szybko wykonuje nią wyuczone przez lata ruchy. Wybrane zaklęcie nie jest dla mnie jednym z tych, którymi posługuje się regularnie, ale zarazem nie mogę go nazwać tym obcym.
- Confringo. - Nie podnoszę zanadto głosu, nie pozwalam też ponieść się emocjom, które kotłują się w moim wnętrzu. Czy dam radę tak dotrwać do samego końca? Nie wiem. Nawet o tym nie myślę. Po prostu działam. Robię to, co do mnie należy. I obserwuje tego efekty. Chcąc uniknąć ewentualnych obrażeń, zabezpieczam siebie i najbliżej znajdujące się osoby. Obijam lecące w naszym kierunku kawałki szkła, kamieni, drewna. Jest to konieczne. Rzucone w kierunku budynku zaklęcie, wywołuje silną eksplozje. Jeśli dotąd, przy pomocy mrocznego znaku, nie zdołaliśmy wywołać prawdziwego zamieszania na ulicy Pokątnej, tak teraz nie da się już tego uniknąć. Rozlegają się krzyki. Przerażenie jest wręcz wyczuwalne. Ludzie jeszcze nie do końca rozumieją, co się dzieje. Nie są tego świadomi. Jedyne czego mogą być pewni to to, że nie jest to nic dobrego.
Spokojnie przyglądam się efektom swoich działań. Efektom rzuconego zaklęcia. Zniszczone zostają drewniane drzwi, wybite jedno z okien, w ścianie powstaje dziura. Czy to wystarczy? Mam taką nadzieje. Dla mnie na pewno wydaje się to przynajmniej zadowalające.