Kiedy tak teraz patrzyła na różdżkę w ręce Brenny… Gdzie była jej własna różdżka? Tym razem jej sukienka nie miała kieszeni, rozejrzała się też po stolikach – nigdzie jej nie było. Na chwilę znowu poczuła narastającą panikę. Na chwilę, bo rozmowa z Brenną ją na razie zajęła.
- N-nie, nie znam. Nigdy go nie widziałam. Ale to nie był żaden uczeń. Ani nauczyciel. Jestem pewna – z twarzy był… podobny absolutnie do nikogo. Nie potrafiła dopasować jego wyglądu do żadnej znanej osoby, nikogo wcześniej spotkanego, widzianego… No bo gdzie? To nie mógł być żaden czystokrwisty czarodziej, chyba by go poznała? Ale najważniejszym pytaniem było: co on tu u licha ciężkiego robił?
Niemal przylgnęła do Brenny, kiedy ta ją objęła, by wyprowadzić z sali. Chyba nigdy wcześniej sama nie czuła się taka bezbronna, taka bezsilna, taka słaba… Pokiwała głową, godząc się na ten pomysł, by poszukać dyrektora. Tak. Kto jak kto, ale on nie zostawi ich w potrzebie. Nie zignoruje tego, że jedna z uczennic została właśnie zaatakowana i tak naprawdę to mało brakowało, a by umarła.
- Nie wiem – nie wiedziała, naprawdę, czy potrzebuje uzdrowiciela. Pewnie potrzebowała. Pewnie ktoś powinien ją teraz obejrzeć. Wzruszyła za to ramionami, czuła się fatalnie i tak po prawdzie… trochę było jej już wszystko jedno. Przeszły przez drzwi, muzyka przestała być słyszalna, teraz po korytarzu niosły się tylko ich kroki. Stukanie szpileczek, jakie miała na zgrabnych nóżkach Victoria. W co była w ogóle ubrana Brenna? Dopiero teraz, gdy szły, to się tym zainteresowała. Nie miała na sobie balowej sukni, tylko… To chyba te jej mugolskie wdzianko, w którym czasami paradowała. Wiedziała, że mugolskie, przecież Victoria przez lata miała na tyle do czynienia z mugolami, że po prostu rozpoznawała ich dresiki.
Zaraz. Przecież dopiero co była na balu w Hogwarcie. Jakie kilka lat z mugolami? Spojrzała też po sobie. Wcale nie miała na sobie pięknej sukni, tylko czarne spodnie i elegancką koszulę w nie wsadzoną. Szpilek też nie było, a ten odgłos wydawały buty na zgrabnym obcasiku. Wymacała też kieszeń spodni i z ulgą wyciągnęła swoją różdżkę. To tam była…
Dopiero gdy uniosła spojrzenie z podłogi na korytarz by skontrolować drogę, to zorientowała się, że wcale nie są w Hogwarcie. Były zupełnie gdzie indziej. Sufit wielkiej hali tonął w mroku, tak jak i góra naprawdę ogromnych, kilku metrowych regałów. A wszystkie były równiutko zapełnione najróżniejszymi woluminami. Większymi, mniejszymi, grubszymi, cieńszymi. Kolorowymi i nie. Światło leniwie oświetlało niewielkie przejścia pomiędzy półkami z kaganków umocowanych na ścianach w równych odległościach. Tabliczka pomiędzy przejściami dumnie oznajmiła, że znajdowały się właśnie w dziale „Fauna – zwierzęta magiczne i niemagiczne”.
Biblioteka. Były w bibliotece. I to nie byle jakiej. Lestrange od razu rozpoznała to miejsce, należące do jej rodziny – największa, najpiękniejsza, najbogatsza biblioteka w Anglii. A kto wie? Może i na świecie?
- Czy my… Czy my nie miałyśmy iść do dyrektora? – brązowooka zmarszczyła brwi. Bardzo powoli docierało do niej, że tutaj mało co miało sens, albo raczej, że nic nie miało sensu. Tylko nadal bolała ją szyja, nawet pomasowała ją sobie odruchowo. Zaraz… - Jaki mamy dzisiaj dzień?