Avelina zmarszczyła brwi. Nie wnikała już więcej w jego zachowanie, nie wnikała w to, co miał w swojej szalonej głowie. Nie jej rolą było oceniać, czy Ururu Marquez był poczytalny. Najważniejsze, że nie zrobił jej krzywdy, że nie dał powodu, dla którego powinna się go bać. Paxton najbardziej nie lubiła czuć strachu, obawy przed spotkaną osobą. Miała nadzieję, że ten chłopiec nie wywoła u niej takiego zawodu, że nie będzie chciała go tu wpuścić.
– Ururu pamiętaj, że jeśli będziesz potrzebować pomocy nie tylko z eliksirami możesz się do mnie zgłosić bez żadnych obaw – miała nadzieję, że weźmie sobie jej słowa do serca i gdy naprawdę będzie potrzebować wsparcia przyjdzie do niej, a nie do jakichś podejrzanych osób. Miała wrażenie, że był okropnie nieporadny, ale to tez mogła być tylko gra, iluzja maski, którą tworzył. Marquez był człowiekiem, którego dziewczyna nie mogła rozgryźć, a często było tak, że dziewczyna szybko rozpracowywała ludzi.
– Hmm… tu na rogu powinien być sklep ze słodyczami – wskazała kierunek. – Na pewno nie przegapisz. – uśmiechnęła się do niego niepewnie obserwując go uważnie jakby szukała czegoś, co powiedziałoby jej, że on jednak naprawdę potrzebuje wsparcia, ale boi się mówić.