Na dowód miała to, że była zimna jak lód. Jak trup. Na dowód miała to, że zaklęcia nekromancji, wymiany energii witalnej, potrafiły ją ogrzać. Na dowód miała to, że Voldemort i jego poplecznicy czarnym ogniem otoczyli Polanę Ognisk, pilnując dostępu do ognia, a potem uciekli stamtąd, gdy zaatakował ich żywiołak. Na dowód miała, że widziała co zrobił Voldemort… Ale nie mówiła o tym nigdzie na głos, bo to było niebezpieczne. I o tym, że widziała Matkę, że ją słyszała, że mieszały jej się wspomnienia nie mówiła szerszej publice. Mało kto o tym wiedział. Zresztą… Kolejnym dowodem było to, że Sauriel widział jedno ze wspomnień, które zamieszkało w jej głowie. Widział je, przeżył je i jasne było, że nie należało do niej – tylko do kogoś, kto… połączył się z nią w Limbo. To były dowody. Trzeba było być naprawdę sceptykiem i ignorantem, by nie przyjmować do wiadomości choć połowy z tej listy. Przecież nie wybierała tego, by było jej tak zimno. Nie trzęsłaby się dla zabawy. Zresztą… widziało ich wielu ludzi – i wielu z nich myślało, że są po prostu martwi.
Kiwnęła głową na znak, że zgoda – że tak właśnie zrobi. Napisze list i pośle sowę do Florence, chcąc się umówić na standardową wizytę u medyka klątwołamacza w dwie osoby. Nic więcej w tym temacie do dodania nie miała, prócz tego, że już czuła, że to będzie upierdliwe, bo będzie się trzeba umawiać na jakieś wieczorne albo nocne wizyty. I tłumaczyć, że jednym z pacjentów jest wampir. Mentalnie już się złapała za głowę, ale to miało być dla ich dobra, nie tak?
Dla niej to nie były brzęczące muchy, tylko rzeczywistość, w której była tym niechcianym elementem, nie spełniających oczekiwań. Nigdy nie miała się za brzydką, ani za przesadnie piękną (choć która kobieta w swej próżności nie chciała taka być?) ale to chyba jasne, że chciała się podobać mężczyźnie, który miał być w przyszłości jej mężem. Zacisnęła usta i ściągnęła brwi na ten gest i komentarz Sauriela, że przesadza. Nie przesadzała. Więc miała wierzyć, że mówił to całkowicie szczerze gdy ją przepraszał i do „jesteś piękną kobietą” dodawał „ale…”? Miała wierzyć, że mówił to całkowicie szczerze, kiedy bredził półprzytomny? Teraz może mówił szczerze… Jak stała w koszuli nocnej i szlafroku. To miłe… Ale jednocześnie odsuwanie tematu w ten sposób, jakby był nieważny, nieistotny, jakoś nie poprawiał jej humoru. Dlatego nic już na to nie powiedziała, tylko lekko napięła mięśnie, jakby w pozycji obronnej. Uniosła spojrzenie dopiero jak zaczął o tych kartach.
- W karty? – powtórzyła za nim i spojrzała w sposób, jakby nie do końca zrozumiała. - Zbierałam się powoli do łóżka, spisywałam dzień – wyjaśniła, i obróciła głowę, spoglądając na moment na toaletkę, na zamknięty teraz pamiętnik i pióro w kałamarzu. - Ale wiesz jak jest, położenie się do łóżka nie oznacza, że zaraz zasnę – prawdopodobne było raczej, że wcale nie zaśnie. Jeszcze długo. Chyba że zażyje eliksir.