Pewnie gdyby to nie był sen, to rany na jej ręce bolałyby po stokroć bardziej – na szczęście nie była to rzeczywistość (czego Victoria nie wiedziała, chociaż tak wiele rzeczy tutaj nie pasowało), i chociaż Brenna złapała ją znowu za rękę, to dało się jakoś wytrzymać ten ból.
- Nie wiem. Nie sądzę – odpowiedziała Brennie.
Nie, na pewno nie była już osiemnastoletnią czarownicą, która miała wziąć udział w balu, była dorosła – tak jak naprawdę, miała te dwadzieścia siedem lat, była aurorką i teraz rozpoznała na pasku spodni klamrę w kształcie litery M. Miała też przy pasku odznakę aurora. Nadal była ubrana tak samo jak przed chwilą w bibliotece, plus te dwa szczegóły. Biała koszula nie była już biała przez krew. - Zaczynam podejrzewać, że to nie jest jawa – rozejrzała się na boki, wiatr zakołysał łanem łodyg kukurydzy, porwał też włosy czarownicy, poczuła go na twarzy. Wydawał się prawdziwy. Ale tutaj wszystko wydawało się prawdziwe. Tylko… Nie miało sensu.
- Postaram się – w prawej ręce ściskała różdżkę, lewą, ranną, trzymała Brenna. Pewnie ślizgała się już dłoń od krwi, a Victoria czuła przytłumiony ból, ale znowu zacisnęła zęby. To nie był moment na mazgajenie się. Realizacja, że chodziło mu o nią wykwitła chłodem w żołądku. Co takiego zrobiła, żeby się narazić? Czy to jednak Śmierciożercy próbowali ją jakoś dopaść? Czy to sprawka Voldemorta? Poczuła dreszcz na karku i pozwoliła się poprowadzić w pole kukurydzy, w dróżkę, którą Brenna utorowała zaklęciem.
Co one w ogóle wyprawiały? Dokąd w ogóle uciekały? Do dyrektora? Ciągle do niego? No tak, on przecież na pewno im pomoże – to wydawało się takie sensowne, takie oczywiste, że pomimo dziwnego wrażenia i pierwszych podejrzeń, Victoria zawierzyła temu uczuciu jakby było najważniejsze, najprawdziwsze.
Zborze szumiało na wietrze, kiedy zagłębiły się pomiędzy łodygi. To nie było proste zadanie, bo kukurydze rosły gęsto, jedna koło drugiej, dorodne, tak, że i kolby były już dojrzałe. Najlepiej byłoby przedostać się na drugą stronę jak najszybciej, ale zadanie było utrudnione, tym bardziej że musiały uważać, bo i Victoria miała wrażenie, że ten dziwny mężczyzna, znowu pojawi się znikąd i zaatakuje. I jakby na zawołanie – usłyszała po lewej stronie głośniejsze szuranie. Coś jakby… kroki? Ktoś się zbliżał. Odwróciła rękę w tamtą stronę i wystrzeliła zaklęcie, chcąc trafić, odgonić ktokolwiek się do nich skradał.
Nie było żadnego odgłosu bólu. Był za to… coś jakby… szczek. I tupanie wzmogło. Dopiero gdy spomiędzy kukurydzy wyskoczył lis i przebiegł im… z braku lepszego słowa – drogę, zrozumiała, że to była pomyłka. To tylko zwierzę.