Otrzymać pomoc byłoby świetnie, tylko gdzie, jak? Dotarcie do własnego domu było tutaj jakąś naturalną myślą i potrzebą, ale najwyraźniej nie było to takie proste. Trzeba było się przedrzeć przez pole kukurydzy i potem… Potem to się zobaczy.
Piękny, rudy lis, był pewnym zaskoczeniem. Victoria wstrzymała oddech, gdy już zdała sobie sprawę, że ktoś (czy raczej coś) jest zbyt blisko, by jakkolwiek zareagować i już gotowała się na najgorsze… ale on po prostu przeskoczył im przez tę bardzo wąską, utorowaną przez zaklęcie Brenny dróżkę i jego piękna kita zniknęła pomiędzy łodygami kukurydz. Słychać było tylko trzaski i szelest liści i kolb, ocieranych o siebie, kiedy zwierzak biegł, najwyraźniej przestraszony, raz, że obecnością dwójki ludzi, a dwa, że zaklęciem panny Lestrange.
Victoria czuła, że serce jej biło jak szalone. I przez co? Przez cholernego lisa… Chyba do reszty oszalała. Nawet przyłożyła sobie dłoń, którą trzymała różdżkę, do serca, jakby dzięki temu to bicie miało się uspokoić.
Coś ją właśnie tknęło.
- Jestem pewna, że to sen – zaczęła, marszcząc przy tym brwi. - Przecież normalnie jestem–
Nie dokończyła, bo w tym momencie krzyknęła i poleciała do przodu. Od tyłu poleciało całkowicie nie zbłąkane Diffendo, tnąc po drodze łodygi kukurydz i ostatecznie plecy Victorii na ukos. Padła na kolana i wypuściła różdżkę z dłoni. To wtedy Brenna w kontrataku rzuciła Drętwotę, trafiając mężczyznę (był tutaj, tak jak się spodziewały…) w klatkę piersiową i odrzuciła go do tyłu. Był blisko. Na tyle, że Longbottom mogła się przyjrzeć jego twarzy, jeśli wcześniej tego nie zdążyła.
Victoria padła na ziemię i zniknęła
Obudziła się gwałtownie, leżąc we własnym łóżku, a nie na polu kukurydzy. Tak samo jak Brenna.