Pokój nie wyglądał na ani trochę zdemolowany. Był czysty i wysprzątany jak zawsze, wszystko leżało na swoich miejscach. Jedyną oznaką, że działo się coś niedobrego była krew plamiąca pościel no i koszulę nocną, w której spała Victoria. Teraz jeszcze drzwi, które wypadły (zostały wypadnięte…) z zawiasów świadczyły o tym, że coś tu było nie tak – ale one zostały wyważone dopiero teraz, a nie wcześniej. Poza nimi nie było tutaj nikogo więcej, żadnego też narzędzia zbrodni, żadnych pociętych poduszek czy materaca – nic. Prawdę mówiąc to koszula nocna Victorii też nie nosiła na sobie śladów nacięć. Wszystko był pod materiałem.
Victoria poczuła ulgę, kiedy uświadomiła sobie, że Sauriel jest tutaj i nic mu nie jest, dość szybko zrozumiała też, że zagrożenie jakie poczuła z jego powodu było jej własną sprawką. Odetchnęła. Nie, Victoria nigdzie się nie teleportowała, no nie miała na sobie ani munduru aurora, ani żadnych innych ubrań – te nie walały się też po meblach. Wyglądała jakby po prostu położyła się spać. Zresztą Brenna też – spodnie jakie na sobie miała, były ewidentnie spodniami od piżamy, w kolorowe gwiazdki i chmurki.
- Nie dorwałabyś go – Victoria była już pewna, że to był sen. I wyglądało na to, że Brenna też w nim uczestniczyła. Tak zupełnie prawdziwie. Jakakolwiek magia na to zadziałała, cokolwiek się wydarzyło – Brenna najwyraźniej jakimś cudem dostała się do jej własnego snu i… Ratowała ją. Cokolwiek działo się tam, miało odzwierciedlenie też w rzeczywistości. Leżąc na brzuchu widziała wierzch swojej lewej dłoni, przecięty – gdzie nóź tamtego dziwnego mężczyzny ją ciął. Czuła palące, szczypiące uczucie na przedramieniu (a materiał nie był przecięty, nie miała też na sobie białej koszuli i spodni) i na plecach. Tamten sen… Miała wrażenie że po połowie był kreowany przez jej umysł i tego kogoś, kto w niego wtargnął i próbował… Próbował…
Gdy światła świeciły, mrok nie był straszny. I rozumiała teraz różnice i prawa działające na świat tutaj i świat tam.
Zgodnie z poleceniem Brenny przestała próbować się podnieść i po prostu leżała.
- Nie – odpowiedziała cicho Brennie. - Pewnie… Pewnie poczuł, że coś mi grozi – cholera, sama to poczuła względem niego chwilę wcześniej. - To nie on – tak, ufała mu. Może to idiotyczne, ale mu ufała. Poza tym twarz tamtego faceta… wyglądał zupełnie inaczej.
Skrzatka teleportowała się z powrotem na środek pokoju i od razu pobiegła do Brenny, kładąc na podłogę kilka bandaży i eliksirów wiggenowych, ale miała też puszkę jakiejś maści, wyglądała jak maść na rany zrobiona przez któregoś z domowników, może przez Alexandra, albo Victorię.