Nie chciała, żeby jej matka zaczęła robić tutaj zamieszanie, zresztą co by pomogła… Nie znała się na uzdrawianiu, od tego był ojciec. On akurat miał dzisiaj dyżur w Mungu. Jak Victoria będzie miała więcej sił, albo ktoś jej pomoże, to i tak będzie musiała się tam wybrać, wiedziała to doskonale. A jej matka tutaj wprowadziłaby tylko niepotrzebną, nerwową atmosferę – tak dla Brenny, dla Sauriela, jak i dla Victorii i małej Strzałki. Nie trzeba było na to nawet rzucać kością, bo było to po prostu bardziej niż pewne, ta kobieta roztaczała wokół siebie taką aurę i w ten sposób działała na ludzi.
- Nie – odparła na obruszenie się Sauriela. - Tata jest w Mungu – dodała zaraz. - Zabierz mnie tam później. Ale bez matki – Victoria bardzo nie sądziła, by cokolwiek się tu czaiło, by ktokolwiek tutaj był. To nie był sen i będąc tutaj bardzo łatwo było dostrzec absurd sytuacji tamtego świata. Że coś jej się stało… Jasne, powinna wiedzieć. Ale Victoria już o tym zaczynała myśleć. Żeby… posłać do niej skrzatkę jak sama będzie stała w kominku, żeby wiedziała co się stało, że nie było jakiegoś zwlekania i po prostu poszła szukać pomocy tam, gdzie ją otrzyma.
Nie wyrwała swojej dłoni, kiedy klęknął i ujął jej. A potem próbował rzucić zaklęcie. Victoria wiedziała jakie, nie była żadną miarą początkująca w magii nekromancji i choć nic się nie stało, to po prostu uśmiechnęła się, bardzo blado (bo na więcej nie było ją stać), że w ogóle próbował. Jakoś… ujęło ją to za serce. Bardzo lekko zacisnęła swoją dłoń, chcąc tym krótkim gestem podziękować, dać znać, że docenia próbę, choć całkowicie nieudaną i nic nie zmieniającą.
Pokręciła głową, chciała mu powiedzieć, że nie ma za co przepraszać, ale jeśli nie musiała, to wolała się nie odzywać.
- Wiem – odpowiedziała Brennie. - Ja też tak pomyślałam – tego nie dało się wyrazić inaczej niż słowami. I to dlatego zaatakowała Sauriela – bo nie widziała w ciemności i myślała, że to ciąg dalszy tego popieprzonego snu. - To nie było Limbo – przyznała cicho, starając się uspokoić oddech, chociaż było jej z tym wszystkim trudno. Była pewna, że to nie było Limbo. Ono wyglądało zupełnie inaczej. Nie było pasmem absurdalnych scenek, które zmieniały się w kompletnie odmienny krajobraz jedna po drugiej.
- Śniło mi się dokładnie to samo. Znaczy… Że ma być bal i prawie na niego zaspałam, potem, że się na nim bawiłam i czekałam na drinka i… Wtedy… on… - Lestrange zadrżała bardzo wyraźnie i zdrową dłoń uniosła do swojej szyi, jej mina wyrażała przerażenie. Kiedy zamykała oczy, to pod powiekami widziała jak stoi przed nią z dłońmi wyciągniętymi, zaciskającymi się na jej szyi. - Nie wezwałam. Nie myślałam wtedy o niczym innym, że właśnie umieram – Victoria też sądziła, że nie spodziewał się Brenny. Poruszał się po śnie z wprawą stałego bywalca, jakby dokładnie wiedział gdzie ma być, by uderzyć, by być skutecznym, a ofiara nie uciekła. Tak samo było za drugim razem. A za trzecim – to chyba była desperacka próba. Może wiedział, że ma tylko trzy szanse? - Dziękuję, że byłaś – zwróciła się do Brenny. Jeśli obrażenia zebrane we śnie przeniosły się na jawę, to czy gdyby jej tam nie było, to by umarła?
Pokręciła głową, nie była przywiązana do tej koszuli nocnej, chociaż bardzo ją lubiła. Pozwoliła więc Brennie rozwiązać sznurek, którym ściągało się materiał przy karku, by koszula była luźniejsza i można było ją zsunąć na ramiona i odsłonić plecy. Zupełnie przy tym zapomniała, że w pokoju jest jeszcze mężczyzna i że nie wypadało się tak w jego obecności obnażać.