10.08.2023, 22:25 ✶
Nie mogłem patrzeć, kiedy zróżnicowane emocje miotały Vesperą niczym sztorm falami o wysokie i postrzępione brzegi. Nie powinna się tak denerwować, tak bać, a jednak... Nasze życie było jednym wielkim strachem, a wszystko za sprawą Ojca, który - niestety - nas kochał i z tej miłości dyktował nam warunki życia.
Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, w jaki sposób mógłbym jej pomóc, jak mógłbym jej ulżyć w cierpieniu, ale nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Ewidentnie musiała swoje przechorować, przecierpieć. Wiele wiedziałem o podobnych stanach z własnej autopsji i niezależnie od tego, czy miałbym kogoś jako wsparcie, czy brałbym niezliczone hektolitry eliksirów, to destrukcyjnych myśli, rozpaczy i nerwów nie można było się pozbyć od tak. No, chyba że byśmy wymazali pamięć, ale tak nie można było. Zło prędzej czy później by do nas wróciło, a postrzępione wspomnienia prowadziłyby do obłędu.
- Vess... - zacząłem, ale zamarłem. Myślałem, że mówiła o Ojcu, ale kiedy tak wpatrywała się we mnie, z lekkim obłędem, z lekką paniką w spojrzeniu, wiedziałem, że miała na myśli ojca, ale nie naszego, tylko ojca jej potencjalnego dziecka. Kochanka. Bałamuty. Intruza. Niszczyciela życia mojej drogiej siostry... I chwila, czemu Vess tak źle o sobie myślała?
- Hej-hej! Vess... Vesperko... - odparłem pospiesznie, przyciszonym głosem. Co to, to nie. Nie mogłem sobie pozwolić na to, aby Vespera czuła się źle we własnej skórze. Zawsze lśniła. My zawsze lśniliśmy, tylko ja czasami czułem się... jak ona teraz. Ale to ona zawsze dodawała mi skrzydeł, nie odwrotnie. Nie miałem jej za złe tego, że rozpacza, tylko że uważa się za niekochaną, za znienawidzoną.
Ująłem ją za dłonie i ścisnąłem delikatnie.
- Zapewniam cię, że jesteś najbardziej kochaną osobą w londyńskiej śmietance towarzyskiej. Jesteś naszą gwiazdą! - przyrzekłem jej, nieco potrząsając dla zapewnienia jej rękoma, kiedy to mówiłem.
Patrzyłem prosto w jej oczy. Mówiłem jak najbardziej szczerze, bo mieliśmy za sobą nie jeden wielki bal, a o tych mniejszych nie wspomna. Dzięki niej byłam tak rozpoznawalną personą. Sam byłbym nudnym mężczyzną z zapomnianego biura w Ministerstwie Magii.
- Odetchnij kilka razy powoli. Wdech i wydech... Tak jak ja - poinstruowałem, robiąc z nią kilka oddechów. Czasami mi to pomagało, szczególnie kiedy podchodziłem pod panikę. Nie byłem pewien, czy mogła łykać eliksiry na uspokojenie w swoim stanie. Może jakieś słabsze? - Zapanuj nad emocjami na tyle, na ile ci pozwolą. Poukładamy to... RAZEM. Zrobimy co będzie trzeba krok po kroku - kontynuowałem spokojnym tonem, powoli. Uśmiechnąłem się delikatnie, pokrzepiająco. Przynajmniej dobrze było z tym, że gdy jedno z nas traciło głowę, to te drugie miało ją na miejscu.
- Kim on jest...? Ten, na którym tak ci zależy? - zapytałem delikatnie o jej kochanka. Może łatwiej mi będzie jej doradzić co robić, jeśli będę wiedział, o kogo chodzi? Może go znałem i jego pragnienia, charakter nie był mi obcy?
Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że ma kogoś na oku, że na kimś zaczyna jej zależeć. Myślałem, że to tylko przelotne romanse, że nic nie znaczą. Czułem ukłucie w sercu na tę myśl, ale... ostatecznie najważniejsze jest to by ona była szczęśliwa, czyż nie?
Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, w jaki sposób mógłbym jej pomóc, jak mógłbym jej ulżyć w cierpieniu, ale nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Ewidentnie musiała swoje przechorować, przecierpieć. Wiele wiedziałem o podobnych stanach z własnej autopsji i niezależnie od tego, czy miałbym kogoś jako wsparcie, czy brałbym niezliczone hektolitry eliksirów, to destrukcyjnych myśli, rozpaczy i nerwów nie można było się pozbyć od tak. No, chyba że byśmy wymazali pamięć, ale tak nie można było. Zło prędzej czy później by do nas wróciło, a postrzępione wspomnienia prowadziłyby do obłędu.
- Vess... - zacząłem, ale zamarłem. Myślałem, że mówiła o Ojcu, ale kiedy tak wpatrywała się we mnie, z lekkim obłędem, z lekką paniką w spojrzeniu, wiedziałem, że miała na myśli ojca, ale nie naszego, tylko ojca jej potencjalnego dziecka. Kochanka. Bałamuty. Intruza. Niszczyciela życia mojej drogiej siostry... I chwila, czemu Vess tak źle o sobie myślała?
- Hej-hej! Vess... Vesperko... - odparłem pospiesznie, przyciszonym głosem. Co to, to nie. Nie mogłem sobie pozwolić na to, aby Vespera czuła się źle we własnej skórze. Zawsze lśniła. My zawsze lśniliśmy, tylko ja czasami czułem się... jak ona teraz. Ale to ona zawsze dodawała mi skrzydeł, nie odwrotnie. Nie miałem jej za złe tego, że rozpacza, tylko że uważa się za niekochaną, za znienawidzoną.
Ująłem ją za dłonie i ścisnąłem delikatnie.
- Zapewniam cię, że jesteś najbardziej kochaną osobą w londyńskiej śmietance towarzyskiej. Jesteś naszą gwiazdą! - przyrzekłem jej, nieco potrząsając dla zapewnienia jej rękoma, kiedy to mówiłem.
Patrzyłem prosto w jej oczy. Mówiłem jak najbardziej szczerze, bo mieliśmy za sobą nie jeden wielki bal, a o tych mniejszych nie wspomna. Dzięki niej byłam tak rozpoznawalną personą. Sam byłbym nudnym mężczyzną z zapomnianego biura w Ministerstwie Magii.
- Odetchnij kilka razy powoli. Wdech i wydech... Tak jak ja - poinstruowałem, robiąc z nią kilka oddechów. Czasami mi to pomagało, szczególnie kiedy podchodziłem pod panikę. Nie byłem pewien, czy mogła łykać eliksiry na uspokojenie w swoim stanie. Może jakieś słabsze? - Zapanuj nad emocjami na tyle, na ile ci pozwolą. Poukładamy to... RAZEM. Zrobimy co będzie trzeba krok po kroku - kontynuowałem spokojnym tonem, powoli. Uśmiechnąłem się delikatnie, pokrzepiająco. Przynajmniej dobrze było z tym, że gdy jedno z nas traciło głowę, to te drugie miało ją na miejscu.
- Kim on jest...? Ten, na którym tak ci zależy? - zapytałem delikatnie o jej kochanka. Może łatwiej mi będzie jej doradzić co robić, jeśli będę wiedział, o kogo chodzi? Może go znałem i jego pragnienia, charakter nie był mi obcy?
Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że ma kogoś na oku, że na kimś zaczyna jej zależeć. Myślałem, że to tylko przelotne romanse, że nic nie znaczą. Czułem ukłucie w sercu na tę myśl, ale... ostatecznie najważniejsze jest to by ona była szczęśliwa, czyż nie?