11.08.2023, 14:05 ✶
Trzy dni temu zerwał się z pryczy punkt czwarta, tak samo jak dzień wcześniej, tak samo jak dwa dni wcześniej i tak samo jak każdego dnia od kiedy przeniósł się do Nowego Sadu. Gdy siadł okrakiem na zmiętej pościeli, zauważył że coś jest nie tak. Po nocy picia i hulanki zwykł budzić się jakby wstawał z grobu, ale nie tym razem - czuł się dobrze. Bardzo dobrze. Serce nieprzyjemnie waliło mu w piersi, owszem, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wszelkie kolory wyostrzyły się a skrzekot siedzących na dachu wron brzmi słodko niby melodie grane w ulubionej kafanie; nawet ten zasrany barak wyglądał dziś całkiem przytulnie.
Był taki skończony, ale, oh, jak piękna to była myśl, bo przecież jeśli nie posiadał niczego, to co miał do stracenia? Jeszcze wczoraj nienawidził się za to, że poszedł wtedy do tego cygana, że zapłacił mu za wróżbę, że w ogóle jej wysłuchał, ale dzisiaj? Dzisiaj cieszył się, że już wie, że umrze młodo. Mógł skupić się na tym, żeby dobrze przeżyć te lata, które mu zostały. Wspominał to złoto na ścianach izby wróżbity, te dziesiątki ikon, multum pstrokatych dekoracji i myślał o tym, czy zdąży jeszcze w życiu doświadczyć takiego przepychu. Może właśnie po to się żyło? Dla przyjemności?
Nie ma jutra, nie ma stresu.
Ledwo zaczynało świtać, kiedy skończył się pakować. Nie mył się, bo nikt nie przyniósł wody, więc ogarnięcie się poszło mu zajebiście gładko, szybko i cicho, aż nawet nikt jeszcze się nie obudził. A jeśli wszyscy spali, to nikt nie mógł go zatrzymać - droga wolna. I daleka, na szczęście, bo nie mógł usiedzieć na dupie. Teraz nawet marsz wydawał mu się za wolny.
Czy skoczyłby z urwiska, gdyby jakieś znalazł? Może. Butelka bimbru była dziwnie lekka, chyba zaraz wysuszy całą. Nawet nic nie poczuł. Prawie nic.
Powietrze na szlaku było zaskakująco rześkie, właściwie z każdym przemierzonym kilometrem zdawało się być o dobry stopień chłodniejsze. Ale nie mogło. Jakkolwiek czuł, że sie wznosi, to wcale nie był wysoko - ledwo trzy dni temu opuścił gospodarstwo, z czego wczorajsze, wyjątkowo deszczowe popołudnie przeczekał w schronisku, które opuścił dopiero dzisiaj o piątej rano.
Podróży nie przerwał nawet wtedy, kiedy deszcz zaczął kapać mu na łeb - w końcu z cukru nie był. Z wiatru też nic sobie nie robił, zapiął tylko kurtkę. W ciężkich traperach ledwo odczuł, że kamienista ścieżka pod jego stopami staje się coraz bardziej śliska. Nie będzie, kurwa, zawracał. Już wolał spać w lesie i ryzykować pływaniem w namiocie.
Nagle zamarł w bezruchu. Kątem oka dostrzegł ruch, coś dużego skryło się w skalnej ścianie nieopodal. Zmrużył oczy pod kapturem znoszonej wiatrówki, powoli rozpoznając w cieniu wnęki ludzką sylwetkę. Uśmiechnął się życzliwie, choć obcy nie mógł tego zobaczyć.
- Vozdra! - powitał go wesoło i ruszył w jego kierunku. - Šta ima?
Po kilku krokach przystanął - zrozumiał, że siedzący w pizdzie gość dosłownie płakał. Jego wargi ułożyły się w bezgłośne "koji kurac". Ozdobne buciki, drogi płaszcz, fikuśna laska... Co przywiało tutaj kalekiego elegancika?
Był taki skończony, ale, oh, jak piękna to była myśl, bo przecież jeśli nie posiadał niczego, to co miał do stracenia? Jeszcze wczoraj nienawidził się za to, że poszedł wtedy do tego cygana, że zapłacił mu za wróżbę, że w ogóle jej wysłuchał, ale dzisiaj? Dzisiaj cieszył się, że już wie, że umrze młodo. Mógł skupić się na tym, żeby dobrze przeżyć te lata, które mu zostały. Wspominał to złoto na ścianach izby wróżbity, te dziesiątki ikon, multum pstrokatych dekoracji i myślał o tym, czy zdąży jeszcze w życiu doświadczyć takiego przepychu. Może właśnie po to się żyło? Dla przyjemności?
Nie ma jutra, nie ma stresu.
Ledwo zaczynało świtać, kiedy skończył się pakować. Nie mył się, bo nikt nie przyniósł wody, więc ogarnięcie się poszło mu zajebiście gładko, szybko i cicho, aż nawet nikt jeszcze się nie obudził. A jeśli wszyscy spali, to nikt nie mógł go zatrzymać - droga wolna. I daleka, na szczęście, bo nie mógł usiedzieć na dupie. Teraz nawet marsz wydawał mu się za wolny.
***
Czy skoczyłby z urwiska, gdyby jakieś znalazł? Może. Butelka bimbru była dziwnie lekka, chyba zaraz wysuszy całą. Nawet nic nie poczuł. Prawie nic.
Powietrze na szlaku było zaskakująco rześkie, właściwie z każdym przemierzonym kilometrem zdawało się być o dobry stopień chłodniejsze. Ale nie mogło. Jakkolwiek czuł, że sie wznosi, to wcale nie był wysoko - ledwo trzy dni temu opuścił gospodarstwo, z czego wczorajsze, wyjątkowo deszczowe popołudnie przeczekał w schronisku, które opuścił dopiero dzisiaj o piątej rano.
Podróży nie przerwał nawet wtedy, kiedy deszcz zaczął kapać mu na łeb - w końcu z cukru nie był. Z wiatru też nic sobie nie robił, zapiął tylko kurtkę. W ciężkich traperach ledwo odczuł, że kamienista ścieżka pod jego stopami staje się coraz bardziej śliska. Nie będzie, kurwa, zawracał. Już wolał spać w lesie i ryzykować pływaniem w namiocie.
Nagle zamarł w bezruchu. Kątem oka dostrzegł ruch, coś dużego skryło się w skalnej ścianie nieopodal. Zmrużył oczy pod kapturem znoszonej wiatrówki, powoli rozpoznając w cieniu wnęki ludzką sylwetkę. Uśmiechnął się życzliwie, choć obcy nie mógł tego zobaczyć.
- Vozdra! - powitał go wesoło i ruszył w jego kierunku. - Šta ima?
Po kilku krokach przystanął - zrozumiał, że siedzący w pizdzie gość dosłownie płakał. Jego wargi ułożyły się w bezgłośne "koji kurac". Ozdobne buciki, drogi płaszcz, fikuśna laska... Co przywiało tutaj kalekiego elegancika?