11.08.2023, 18:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.08.2025, 16:36 przez Elliott Malfoy.)
Starał się ze wszystkich metaforycznych sił przywrzeć stopami do gruntu, nie odlatywać myślami w toksyczne obłoki ciemnych scenariuszy; deszcz jaki by z nich spadł nie byłby tylko wilgotny ale też żrący, a tego za wszelką cenę chciał uniknąć. Zdławił chęć drążenia tematu, brnięcia w scysję o sprawach materialnych, które były przecież istotne, ale nie na tyle, aby zmieniać całkowicie tor rozmowy. Nie spuścił z siostry spojrzenia, mając nadzieję, że jest w stanie z niego wyczytać odpowiedź na zadane przez siebie pytanie. Przynajmniej tą powierzchowną, podszytą braterską złośliwością - jedyną prawdziwą emocję, którą nauczył się świadomie odczuwać zanim w miejscu mleczaków wyrosły stałe zęby.
Chociaż pytanie tego nie dotyczyło, pozwolił myślom zboczyć na chwilę ku dolinie utrapienia.
Za kogo ją miał?
Sprzymierzeńca? Wroga?
Na pewno za wredną raszplę, ale to niewiele wnosiło do wewnętrznego dyskursu, jeżeli w ogóle można było tak nazwać zlepek odbiegających od siebie w rożne kierunki, w panice myśli.
Jedyną stałością, był jak zwykle fakt, że stali po kostki w tym samym szambie, które z dnia na dzień wydawało się rosnąć.
Poczekał z odpowiedzią, aż przysunęła się do niego na tyle blisko, aby nawet powracająca ze swojej nory matka nie mogłaby go usłyszeć. Półmrok okalał ich sylwetki dogasającym kominkiem z salonu, przez chwile mieszał się z chłodem księżycowego światła wpadającym przez okienne witraże. Ostatecznie, na bladych twarzach rodzeństwa tańczyło tylko ciepłe światło ognia, gdy smagane powiewami wiatru chmury przysłoniły księżyc.
– Jeżeli go nie będzie, nie trzeba będzie niczego wybierać. – odparł enigmatycznie, bo trudno było stwierdzić czy ma na myśli faktyczny wypadek przy dzisiejszym Beltane, czy taki bardziej zaplanowany. Z jego twarzy również nie dało się wyczytać, którą z opcji by wybrał.
– Mam wrażenie, że przemawia przeze mnie pycha, ale nie wydaje mi się, aby ktokolwiek potrafił zmusić tego człowieka do czegokolwiek - dodał zblazowanym tonem – Pamiętasz plotki o Abraxasie? Złość ojca o Leacha, a przede wszystkim o to, że przegrał ze Szl... – urwał, widocznie zdezorientowany swoim zniesmaczeniem na brzmienie tego słowa – nie czarodziejem czystej krwi? Kariera była jego życiem, Eden. Odkąd pamiętam nie liczyło się nic poza nią. Odkąd przegrał powoli przestało mu zależeć na rzeczach, do których przywiązywał dużą wagę. Nie mogłem tego nie zauważyć, nie potrafię nie reagować na każdą najmniejszą zmarszczkę na jego twarzy - zdawał sobie sprawę jak żałośnie może zabrzmieć ostatnie z wypowiedzianych zdań, ale chciał zobaczyć siostrzaną reakcję. Potrzebował silnego argumentu, który podpierał jego teorię; logicznego argumentu, a nic nie było w jego życiu bardziej przejrzyste od niechęci do ojca, a zarazem ogromnego strachu jaki wzbudzał swoją osobą.
– Możliwe, że pominęliśmy oznaki jego radykalizowania się, bagatelizując każdą jedną, osiadając na laurach komfortowego przyzwyczajenia. – Nie podobało mu się jak bardzo zamglone pozostawały wszystkie fakty. Nie mieli żadnych odpowiedzi, mogli tylko spekulować. Z zaniepokojeniem dostrzegał swoją własną frustrację w oczach i słowach bliźniaczki.
Odsunął się, ale tylko minimalnie, tak aby wypowiadane przez niego słowa nie musiały wpływać szeptem prosto do ucha rozmówczyni.
– Muszę wrócić do domu. Do Nicholasa. – wydobył z siebie stanowczość, która nie zagościła wcześniej w tej rozmowie. Potrzebował zobaczyć swojego syna. Wiedzieć, że nic mu nie jest. Pozbierać myśli w spokoju na tyle, aby wiedzieć, że będzie w stanie wychować dziecko bez opadającego na nazwisko cienia dziadka terrorysty.
Prawie odwrócił się na pięcie, prawie odszedł, ale w ostatnim momencie spojrzał raz jeszcze na twarz siostry, przypominając sobie jak zdeterminowana była w wykrzykiwaniu do skrzata, że ma wracać na polanę.
Westchnął w duchu, nienawidząc się za każdą krople empatii, która skapywała do złotego kielicha goryczy.
– Chodź ze mną i tak nic więcej nie zdziałamy do rana. – zdołał z siebie wydusić niewielką ilość pozytywnych emocji, chociaż z trudem. Nie chciałby siedzieć w takim momencie sam, prawdopodobnie nie byłby w stanie wytrzymać ani jednej myśli jaka przechodziłaby przez głowę, przynajmniej nie na trzeźwo.
– Powinienem mieć jakiś brzoskwiniowy Lillet i nawet kieliszki, a nie filiżanki.
Chociaż pytanie tego nie dotyczyło, pozwolił myślom zboczyć na chwilę ku dolinie utrapienia.
Za kogo ją miał?
Sprzymierzeńca? Wroga?
Na pewno za wredną raszplę, ale to niewiele wnosiło do wewnętrznego dyskursu, jeżeli w ogóle można było tak nazwać zlepek odbiegających od siebie w rożne kierunki, w panice myśli.
Jedyną stałością, był jak zwykle fakt, że stali po kostki w tym samym szambie, które z dnia na dzień wydawało się rosnąć.
Poczekał z odpowiedzią, aż przysunęła się do niego na tyle blisko, aby nawet powracająca ze swojej nory matka nie mogłaby go usłyszeć. Półmrok okalał ich sylwetki dogasającym kominkiem z salonu, przez chwile mieszał się z chłodem księżycowego światła wpadającym przez okienne witraże. Ostatecznie, na bladych twarzach rodzeństwa tańczyło tylko ciepłe światło ognia, gdy smagane powiewami wiatru chmury przysłoniły księżyc.
– Jeżeli go nie będzie, nie trzeba będzie niczego wybierać. – odparł enigmatycznie, bo trudno było stwierdzić czy ma na myśli faktyczny wypadek przy dzisiejszym Beltane, czy taki bardziej zaplanowany. Z jego twarzy również nie dało się wyczytać, którą z opcji by wybrał.
– Mam wrażenie, że przemawia przeze mnie pycha, ale nie wydaje mi się, aby ktokolwiek potrafił zmusić tego człowieka do czegokolwiek - dodał zblazowanym tonem – Pamiętasz plotki o Abraxasie? Złość ojca o Leacha, a przede wszystkim o to, że przegrał ze Szl... – urwał, widocznie zdezorientowany swoim zniesmaczeniem na brzmienie tego słowa – nie czarodziejem czystej krwi? Kariera była jego życiem, Eden. Odkąd pamiętam nie liczyło się nic poza nią. Odkąd przegrał powoli przestało mu zależeć na rzeczach, do których przywiązywał dużą wagę. Nie mogłem tego nie zauważyć, nie potrafię nie reagować na każdą najmniejszą zmarszczkę na jego twarzy - zdawał sobie sprawę jak żałośnie może zabrzmieć ostatnie z wypowiedzianych zdań, ale chciał zobaczyć siostrzaną reakcję. Potrzebował silnego argumentu, który podpierał jego teorię; logicznego argumentu, a nic nie było w jego życiu bardziej przejrzyste od niechęci do ojca, a zarazem ogromnego strachu jaki wzbudzał swoją osobą.
– Możliwe, że pominęliśmy oznaki jego radykalizowania się, bagatelizując każdą jedną, osiadając na laurach komfortowego przyzwyczajenia. – Nie podobało mu się jak bardzo zamglone pozostawały wszystkie fakty. Nie mieli żadnych odpowiedzi, mogli tylko spekulować. Z zaniepokojeniem dostrzegał swoją własną frustrację w oczach i słowach bliźniaczki.
Odsunął się, ale tylko minimalnie, tak aby wypowiadane przez niego słowa nie musiały wpływać szeptem prosto do ucha rozmówczyni.
– Muszę wrócić do domu. Do Nicholasa. – wydobył z siebie stanowczość, która nie zagościła wcześniej w tej rozmowie. Potrzebował zobaczyć swojego syna. Wiedzieć, że nic mu nie jest. Pozbierać myśli w spokoju na tyle, aby wiedzieć, że będzie w stanie wychować dziecko bez opadającego na nazwisko cienia dziadka terrorysty.
Prawie odwrócił się na pięcie, prawie odszedł, ale w ostatnim momencie spojrzał raz jeszcze na twarz siostry, przypominając sobie jak zdeterminowana była w wykrzykiwaniu do skrzata, że ma wracać na polanę.
Westchnął w duchu, nienawidząc się za każdą krople empatii, która skapywała do złotego kielicha goryczy.
– Chodź ze mną i tak nic więcej nie zdziałamy do rana. – zdołał z siebie wydusić niewielką ilość pozytywnych emocji, chociaż z trudem. Nie chciałby siedzieć w takim momencie sam, prawdopodobnie nie byłby w stanie wytrzymać ani jednej myśli jaka przechodziłaby przez głowę, przynajmniej nie na trzeźwo.
– Powinienem mieć jakiś brzoskwiniowy Lillet i nawet kieliszki, a nie filiżanki.
Koniec sesji
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦