„Raźniej” – to dobre słowo. Zdecydowanie było im razem raźniej w tym wszystkim. Druga osoba obok dodawała otuchy i w pewnym sensie też siły, bo nie siedzieli z tym zupełnie sami. Co za to było uderzające to to, że oni, choć tak się wzbraniali przed relacją jaką wybrali im rodzice, to że w sumie to… Całkiem nieźle się w tym odnajdowali, głównie nieświadomie. Bo zachowywali się jak… No na pewno nie jak obcy sobie ludzie, nie jak kumple, chyba nawet nie jak przyjaciele. Jakoś tak Victoria rozczytywała te znaki, jakie Sauriel jej wysyłał, jakby znali się od wielu lat, a to była codzienność. A on polegał na niej, że zrobi co trzeba, jakby zawsze robiła.
Skoro sprawa była znana Florence to tym lepiej, bo nie trzeba było się produkować w czym rzecz. Właściwie na to Victoria liczyła, ale i tak opisała kobiecie główne „objawy”, z jakimi się mierzyli i musieli sobie radzić każdego dnia. Było to tym trudniejsze ze względu na zawód Victorii i przez naturę Sauriela, mieszanka iście wybuchowa pod tym względem.
- Tak, też tak myśleliśmy – no nie, ona tak myślała, niekoniecznie Sauriel, ale na pewno o tym rozmawiali i takie stwierdzenie, że to przypadkowe działania Voldemorta, doprowadziły do namieszania w rytuale. Ale tak jak Victoria mówiła – z początku sądziła, że to ma związek z tym, że była w Limbo; tego Florence nie musiała też tłumaczyć, była pewna, bo widziała ich stan w namiocie, a poza tym przecież jej własny brat był jednym z Zimnych.
Bycie wampirem nie było zakazane, dlatego też Victoria napisała Florence wprost z kim przyjdzie, to mogło mieć znaczenie dla klątwołamania – Victoria nie znała się na tym aż tak, by móc stwierdzić to sama.
- Takie przełamywanie miłosnych klątw jest niebezpieczne? Jeśli potrzebowałaby pani nas zbadać, to chyba nie będzie problemu – spojrzała przy tym na Sauriela by się upewnić, czy nie będzie mu to przeszkadzać. To dlatego chcieli przyjść razem: gdyby byli potrzebni oboje. No i lepiej było tak, niż bawić się później w przekazywanie informacji, a sprawa dotyczyła ich obojga w ten sam sposób.