Wyglądała źle i czuła się źle. Pomimo zastosowania magii leczącej, musiała smarować rękę maściami, miała ją też zabandażowaną aż pod dłoń. Szyję zdobiły też już teraz fioletowe siniaki, które skryła częściowo pod golfem. Reszty jej ran nie było widać. Dzisiaj, zamiast pachnieć krwią, wyczuwało się wokół niej zapach ziół. Victoria czytała sobie przy zapalonych kandelabrach i innych zaklętych, wiszących w powietrzu świecach – w takiej ilości, by zaraz nie zasnąć, bo już kilka razy przyłapała się na tym, że głowa jej opadała. Na stoliku obok parowała świeżo zaparzona kawa w filiżance, i nieopodal stał też prawie pełen dzbanek.
Kobieta uniosła głowę znad książki, kiedy usłyszała miękkie kroki i to miłe przywitanie. Uśmiechnęła się mimowolnie – lubiła, kiedy ją tak nazywał. To było jakieś takie… ciepłe, na pewien sposób intymne, bo nikt inny jej tak nie nazywał, tylko on. Miała zmęczone spojrzenie. I niechętnie sama przed sobą musiała przyznać, że miała ewidentnie spóźnione reakcje, bo nawet nie usłyszała, że ktoś wyszedł z kominka w małym saloniku, który znajdował się obok, i że skrzatka kogoś podjęła. Było już dość późno i to ona miała teraz Victorię na oku, skoro reszta domowników bała się o jej bezpieczeństwo… i zdrowie.
- Cześć, Kocie – odpowiedziała mu i odszukała zakładkę, którą wsadziła w książkę, żeby zaznaczyć miejsce, gdzie skończyła, kiedy Sauriel pojawił się w zasięgu widzenia. Czytała tę książkę, bo była ciekawa co będzie dalej. Starała się przy niej pamiętać, że zasady magii działają tam inaczej niż w świecie, który znała od dziecka, ale choć nie było to proste, to robiła co mogła. I zaczęła czytać, bo chciała zrozumieć o czym mówi Sauriel i Brenna, czym tak się zachwycali. Lubiła wiedzieć. Tak po prostu. To nie była żadna walka, przynajmniej ona tak na to nie patrzyła. - Aaa… Bywało lepiej, wiesz? – przez moment zastanawiała się jak mu odpowiedzieć, ale uznała, że nie ma siły ściemniać, że jest dobrze, gdy nie było. Naprawdę nie było. Ten miesiąc zaczynał ją dopadać, pasmo porażek, to, co jej się przydarzyło w Limbo, sprawa więzi jaka połączyła ją i Sauriela, wspomnienia, które nie były jej wspomnieniami… To jak traciła rozum… A teraz jeszcze to: że nie była bezpieczna nawet w swoich snach, które powinny należeć tylko DO NIEJ. Do nikogo innego. DO NIEJ. Otarła się o śmierć… miała wrażenie że kolejny już raz i nie wiedziała ile będzie w stanie jeszcze znieść. Póki co… bała się zmrużyć oczy. To nie było racjonalne, to była rosnąca panika w kimś, kto nie ma okazji nawet odpocząć, zasnąć we własnym łóżku, bezpiecznie. - Ale żyję. Opatrzyli mnie. Będę musiała iść jeszcze na kontrolę z ręką, podobno miałam niesamowite szczęście, bo mogło się skończyć gorzej, ale na szczęście to tylko walka o brak blizny – uśmiechnęła się do Sauriela blado. Jakoś… Od razu było jej lepiej, bo się pojawił, bo go widziała, był obok i… Czuła się spokojniej. Chociaż odrobinę. - A ty jak się czujesz, wszystko w porządku? – przyglądała mu się zmęczonymi, podkrążonymi oczami. Już nad ranem miała wrażenie, że coś się stało, że tak nagle wyszedł i zostawił ją w rękach Brenny, ta zresztą też nie obeszła się z nim delikatnie – a Victoria traktowała go jak normalnego człowieka, nie jak niewrażliwego na nic wampira.