Gdyby ktoś ją zapytał o zdanie, to bez wahania powiedziałaby, że jej się ten zapach nie podoba – ani zapach krwi, ani zapach ziół. Bo kojarzył się w tym wypadku źle i wolałaby po stokroć wąchać mgiełkę własnych perfum. Niestety czuła tylko maści, które dostała w szpitalu. Sama miała bardzo spokojny głos, i choć zwykle była opanowana, to teraz nie oszukałaby nikogo, że nie jest zmęczona. Bo gdy człowiek nie miał sił, gdy był wyzuty i wyciśnięty jak szmata – to było widać i słychać. Sekundowe zacięcia, zbyt długie zastanawianie się tam, gdzie normalnie odpowiadało się od razu.
- Musisz mi przynieść ten trzeci. Dostałam zwolnienie, mam siedzieć w domu, więc mam dużo czasu – to było pewnie oczywiste, że kazali jej siedzieć w domu, póki się wszystko nie zagoi, ale teraz Sauriel miał pewność, gdy to powiedziała. Mógł więc spać spokojnie – przynajmniej w najbliższym czasie nie będzie żadnych wycieczek po Nokturnie, uganiania się za czarnoksiężnikami… i o ile ktoś znowu nie zakłóci jej snu, to powinna być bezpieczna. Uśmiechnęła się do niego smutno.
Niby nie znali się tak, by wiedzieć co lubią, czego nie, jakie są ulubione kolory, ulubiony miesiąc, pora roku, piosenka – podstawy. A jednak Victoria potrafiła rozpoznać, kiedy z Saurielem działo się coś niedobrego, kiedy było mu źle, kiedy czuł się gorzej, nie miał siły… Sama czuła się fatalnie, ale spoglądała teraz na niego ze zmartwieniem. Był miły. Zbyt miły. Lubiła, kiedy taki był i jednocześnie tego nie znosiła, bo to znaczyło, że coś się działo. Coś niedobrego.
- Dostałam ze szpitala – wskazała mu dłonią słoiczek, który też stał na stoliku. Było tutaj kilka rzeczy – oprócz dzbanka i filiżanki, a teraz jeszcze ciężkiego tomiszcza, który sam jej zabrał i odłożył, stał tam jeszcze flakon z eliksirem – dwa flakony właściwie. Z eliksirem przeciwbólowym i drugi z nasennym, słoik z maścią, który wskazała mu Victoria i jeszcze list… Otwarta koperta, która leżała na dwóch kartkach. Jedna była zapisana pismem, które Sauriel mógł kojarzyć z oficjalnego pisma, jakie dostał po przesłuchaniu, a zaraz pod nim wystawał kawałek jakiegoś… rysunku. Portretu. Rookwood musiałby jednak po niego sięgnąć, by zobaczyć całość, jeśli tylko był ciekawy. - Dość poważne. Ale nie zagrażające życiu, dlatego wypuścili mnie do domu – wyjaśniła. - Ta na plecach chociaż była największa, była też najmniej ważna. Gorsza była tutaj – wskazała swoje przedramię. - Wbił mi tam nóż – a gdyby się nie zasłoniła, to dostałaby nim w klatkę piersiową. - No i szyja… Teraz przynajmniej mogę normalnie mówić – bo wcześniej sprawiało jej to trudność i mówiła mało, i bardzo cicho.
- Brenna mocno tobą uderzyła – zauważyła, chociaż nie widziała całej akcji. Za to słyszała, a głuche uderzenie trudno było przegapić. Można powiedzieć, że odpłaciła mu się pięknym za nadobne… I tej nocy naprawdę było widać, że była gotowa zrobić wiele, by bronić swoich przyjaciół. Nie to co w knajpie z ludźmi. - Martwiłam się o ciebie – przyznała. Bo to, jak nagle Sauriel się wycofał i uciekł, też dawało do myślenia. Dlatego proponowała mu, żeby może posiedział w salonie i jakoś doszedł do siebie… Ale myślała też, że może chodziło o krew? - Gdybyś padł w szpitalu, to ktoś by ci pomógł… A tak… ktoś się tobą zajął? – pewnie nie. Był zbyt miły. Zbyt uśmiechnięty. Naprawdę lubiła, kiedy się uśmiechał. Poruszyła się lekko, kiedy Sauriel przesiadł się na kanapę, by zrobić mu więcej miejsca. Zagapiła się na niego, kiedy wyszedł z tą swoją propozycją – widocznie zaskoczona. - Chcę – powiedziała cicho. Chciała. Potrzebowała się przytulić. Podkuliła więc pod siebie nogi i przysunęła się do niego, żeby się oprzeć… Wcale nie po to, żeby poczuć ciepło drugiego ciała, bo go nie czuła. Koc, który miała na kolanach też był raczej dla podpuchy i by matka i ojciec lepiej się czuli, nie dlatego, że go potrzebowała, albo cokolwiek dla niej zmieniał. Zmieniał tylko psychicznie. - Takich okazji się nie przepuszcza – wymamrotała, niby również w formie żartu.