Minął miesiąc, może trochę ponad, a zdążyło jej się rozsypać życie, kto by się tego spodziewał, że tak krótki czas może przynieść tyle zmian. Jeszcze dwa miesiące temu wszystko było w porządku. Matka Stanleya żyła, Kordelia żyła, byli bliscy jego egzaminów aurorskich, wszystko zmierzało ku dobremu. Jak widać los tego nie chciał. Bardzo mocno namieszał, w tak krótkim czasie spotkały ich rzeczy, których zupełnie się nie spodziewali, a które niosły ze sobą potężne konsekwencje.
Udało jej się trochę podnieść na duchu Borgina. Może skorzystała z umiejętności, których nie powinna używać w takiej sytuacji, ale chodziło o większe dobro. Najwyraźniej zadziałało, a to było dla niej w tamtym momencie najważniejsze. Może kiedyś mu powie, przyzna się do tego, póki co jednak nie czuła takiej potrzeby, przynajmniej wcześniej.
Wiedziała, że Stanley wybrał się na urlop. Uważała, że to mu dobrze zrobi. Takie ucieczki od zgiełku bywały uzdrawiające, szczególnie z rodziną. Sama Stella mogła się dzięki temu w pełni zaangażować w ślub swojej starszej siostry. Wiedziała bowiem, że Borgin jest pod doskonałą opieką.
Zbliżał się czas ponownego spotkania, wiedziała o tym. Tyle, że po drodze trochę się zmieniło. Przestała o tym myśleć, teraz liczyło się dla niej coś zupełnie innego. Strata, która ją spotkała była ogromna. W końcu miała tylko jedną siostrę, zresztą od zawsze były ze sobą bardzo blisko. Może ostatnio nieco się od siebie oddaliły, Stella nie mówiła jej o wszystkim - bo wiedziała, że może się to skończyć źle, jednak Kordelia była nadal bardzo bliska jej sercu. Zresztą spędziły razem praktycznie całe życie. Trudno jej było się pogodzić z tym, co się wydarzyło. Miała do siebie ogromny żal, że nie zareagowała wcześniej. Siostra musiała być okropnie nieszczęśliwa, skoro zdecydowała się podjąć taką decyzję. Avery nie umiała jeszcze tego zrozumieć, zaakceptować.
Pogrzeb zbliżał się wielkimi krokami. Za kilka dni będzie musiała wyłonić się ze swojej jaskini i pokazać wszystkim. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Wiedziała, że będą na nią patrzeć, szeptać, plotkować - to było okropne. Nie miała pojęcia, jak sobie z tym poradzi, a najgorsze było to, że Stanley nie mógł być tam z nią, bo jeszcze mieliby kolejny temat do plotkowania.
Nalewała sobie właśnie kolejny kieliszek wina, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Nikogo się nie spodziewała, może rodzice chcieli zobaczyć jak się trzyma? Powinna otworzyć, jednak głupio jej było, że doprowadziła się do takiego stanu. Która była właściwie godzina? Ciężko jej było stwierdzić, straciła rachubę czasu. Całe dnie spędzała w łóżku. Spała, piła, płakała, właściwie nie robiła nic więcej. Zazwyczaj nienagannie ubrana, wymuskana wręcz, a dzisiaj w pidżamie, zresztą prysznica najprawdopodobniej też nie brała od kilku dni. Włosy miała związane w niski kucyk, wyglądała jak swoje przeciwieństwo, jak siedem nieszczęść.
Wyszła jednak z łóżka, z kieliszkiem wina w dłoni. Bała się, że może rodzice przyszli ją skontrolować i zaczęliby się niepokoić, gdyby nie otwierała. Powoli ruszyła do drzwi, uchyliła je nie sprawdzając kto się za nimi znajduje.
Dopiero po chwili wyglądnęła na korytarz. Dostrzegła tam Stanleya, który wyglądał, jakby faktycznie mu się polepszyło. Zdecydowanie lepiej od tego, gdy widzieli się ostatni raz. Jednak czas leczył rany? Może tak było w jego przypadku. Ona miała wrażenie, że nigdy nie dojdzie do siebie. - To ty. - Powiedziała cicho. Nie miała pojęcia, czy wiedział o tym, co się wydarzyło, szczególnie, że wyjechał w siną dal, więc pewnie nie był na bieżąco z tym, co działo się na miejscu.