12.08.2023, 00:37 ✶
Słowa Oleandra oburzyły go, ale jeszcze bardziej oburzył go jego ton. Był twardy, kategoryczny, poniżający; przypomniał mu ton jego ojca. To był pierwszy raz, kiedy mówił do niego w ten sposób. Spoglądał na niego i nie mógł uwierzyć, jak pewny siebie był, jak bezczelny, po tym wszystkim, co się dzisiaj zdarzyło.
Kusiło go, żeby pozwolić mu na to wszystko, żeby podporządkować się jego woli. Żeby mu ulec. Gdzieś głęboko czuł, że mogłoby to okazać się zaskakująco przyjemne, kojące. Co właściwie miał do stracenia, skoro sam już przyznał, że przesadził? Wiedział, że i tak będzie musiał go przeprosić, prędzej czy później.
Jeśli była na tym świecie osoba, której mógłby powierzyć nawet krztynę kontroli nad sobą, to był nią on. Po dzisiejszej nocy miał właściwie tylko większą pewność, że nigdy nie naraziłby go na krzywdę. Mógł mu zaufać. Ale nie chciał, dalej był obrażony na niego za to, jak bardzo był dziwny, spaczony, wykolejony. I jak bardzo próbował zarazić go tym. To była kolejna jego metoda na wciągnięcie go w tę chorą dekadencję.
Nienawidził tego, jak kuriozalna i pokrętna była obecna sytuacja. Nigdy nikt nie przygotował go na coś takiego, nigdy nie dostał żadnej instrukcji rozwiązania takiego problemu. Męczyło go to i stresowało, nie potrafił podjąć żadnej decyzji.
Ostatecznie porzucił myśl o przepraszaniu go, ale postawił krok w jego kierunku. Stali twarzą w twarz.
– Nie jak brudną ścierę. – Jak degenerata, którym przecież był. – Dalej jesteś moim przyjacielem.
Przez chwilę patrzył na niego niepewnie, jakby zamarł wpół gestu. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie mógł się zmusić. Potrzebował jeszcze drugiej próby, zanim rzeczywiście wymówił jakiekolwiek słowa:
– Chcę żebyś został ze mną tutaj – jego głos był suchy i zachrypły. – Umyjemy się zjemy i. Możesz wybrać. Gdzie chcesz spać.
Pozwolił mu na więcej, niż by przypuszczał, ale tylko na tyle, na ile potrafił bez czucia odrazy do samego siebie.
Kusiło go, żeby pozwolić mu na to wszystko, żeby podporządkować się jego woli. Żeby mu ulec. Gdzieś głęboko czuł, że mogłoby to okazać się zaskakująco przyjemne, kojące. Co właściwie miał do stracenia, skoro sam już przyznał, że przesadził? Wiedział, że i tak będzie musiał go przeprosić, prędzej czy później.
Jeśli była na tym świecie osoba, której mógłby powierzyć nawet krztynę kontroli nad sobą, to był nią on. Po dzisiejszej nocy miał właściwie tylko większą pewność, że nigdy nie naraziłby go na krzywdę. Mógł mu zaufać. Ale nie chciał, dalej był obrażony na niego za to, jak bardzo był dziwny, spaczony, wykolejony. I jak bardzo próbował zarazić go tym. To była kolejna jego metoda na wciągnięcie go w tę chorą dekadencję.
Nienawidził tego, jak kuriozalna i pokrętna była obecna sytuacja. Nigdy nikt nie przygotował go na coś takiego, nigdy nie dostał żadnej instrukcji rozwiązania takiego problemu. Męczyło go to i stresowało, nie potrafił podjąć żadnej decyzji.
Ostatecznie porzucił myśl o przepraszaniu go, ale postawił krok w jego kierunku. Stali twarzą w twarz.
– Nie jak brudną ścierę. – Jak degenerata, którym przecież był. – Dalej jesteś moim przyjacielem.
Przez chwilę patrzył na niego niepewnie, jakby zamarł wpół gestu. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie mógł się zmusić. Potrzebował jeszcze drugiej próby, zanim rzeczywiście wymówił jakiekolwiek słowa:
– Chcę żebyś został ze mną tutaj – jego głos był suchy i zachrypły. – Umyjemy się zjemy i. Możesz wybrać. Gdzie chcesz spać.
Pozwolił mu na więcej, niż by przypuszczał, ale tylko na tyle, na ile potrafił bez czucia odrazy do samego siebie.