Absolutny brak problemów był na dobrą sprawę frazą kluczową. Niektóre duchy bywały krnąbrne z natury i trzeba było je odpowiednio podejść, aby nakłonić do tego, aby usłuchały czarodzieja. Inne w pełni rozumiały swoją sytuację i zamiast osiąść na stałe na tym ziemskim padole łez, wolały odejść na stałe w zaświaty, aby tam szukać spełnienia. Sebastian starał się nie dopuszczać do siebie myśli, że czaszka może się okazać wyzwaniem przewyższającym zdolności, jakimi cechował się on sam, jak i jego kuzyn. Tyle lat nauki i doskonalenia własnych talentów miałoby pójść na marne wobec starań jednego czarnoksiężnika? Nieodczekanie!
— Zależy od tego, jak bardzo jesteście obyci z zaklęciami nekrotycznymi — stwierdził, nie wdając się jednak w szczegóły, pozostając przy krótkich wyjaśnieniach. — Biorąc jednak pod uwagę na to, że jesteście funkcjonariuszami służb, raczej bym was o to nie posądzał. — Spojrzał na Brennę, uśmiechając się do niej krzywo. — Pozostańcie przy zaklęciach obronnych. Ewentualnie możecie próbować je rozgonić podmuchami wiatru. To może zakłócić na krótki czas ich strukturę.
Miał przy sobie nie kompanów egzorcystów, a aurora i brygadzistkę. Wprawdzie ta dwójka wydawała się lgnąć do najróżniejszych śledztw (zwłaszcza panna Longbottom), jednak prędzej by podejrzewał kuzynkę Sarkę o pertraktowanie z diabłami, niż to, że którekolwiek z nich miało wiedzę i umiejętności wystarczające, aby sięgnąć po zaklęcia z dziedziny nekromancji z wyższej półki. Niektóre z nich zahaczały o strefę duchową, aczkolwiek nawet Sebastian miałby problem, aby określić zawiłości tej szkoły magii.
— Witaj, zagubiona — Wstrzymał na moment własną modlitwę, co by powitać wydostaną z więzienia duszyczkę. — Przykro mi z powodu krzywd, których doznałaś w chwili odejścia. Pozwól, że przeprowadzę cię do miejsca, w którym będziesz bezpieczna. Teraz i na zawsze, po wsze czasy.
Na tym zakończył swą interakcję z duchem, wracając do swojej książeczki i kontynuując modły, przeprowadzając ducha do wyrysowanych na ścianie znaków. Może nie będzie tak źle, pocieszał się w myślach, czując ulgę, gdy ducha udało się przeprowadzić do lepszego miejsca. A przynajmniej miał nadzieję, że lepszego. Lepsze zaświaty, niż zamknięcie w magicznym artefakcie, gdy ktoś na tobie żeruje, nawet po śmierci, gdy powinieneś mieć święty spokój. Dosłownie i w przenośni.
Jedne duchy szły wolniej, inne szybciej, ale koniec końców wszyscy rezydenci kryształowej czaszki koniec końców ją opuścili. Pod koniec modlitw Sebastian był już cały przepocony i dłonie mu się trzęsły, gdy wertował kolejne karty modlitewnika. Gdy w końcu zakończyli procedurę, opadł na podłogę obok Jamila, chcąc się upewnić, że z kuzynem było wszystko w porządku. Dopiero po dłuższej chwili przeniósł wzrok na Brennę.
— Dla mnie to również nie lada niespodzianka — wtrącił zachrypniętym głosem, wachlując się zakładką z Panią Księżyca wznoszącą modły do srebrnego globu. — Sądziłem, że w twoim tempie tendencja „niestandardowych magicznych wypadków” może tylko rosnąć. Cieszę się, że tym razem postanowiłaś trzymać się w ramach pewnych granic. Tym lepiej dla mnie.
Kaszlnął kilka razy, jednak nie podniósł się jeszcze z ziemi. Zerknął kątem oka na wyrysowane znaki. Ktoś będzie musiał to uprzątnąć, zanim opuszczą to miejsce, aby udać się na zasłużony odpoczynek.