12.08.2023, 17:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2023, 17:09 przez Oleander Crouch.)
Nie dostał tiary, chociaż oczami wyobraźni był w stanie wyobrazić sobie matkę, która przykleja mu ją siłą do głowy, jakimś zaklęciem, które potem probowałby złamać przez pierwszą godzinę spotkania. Irytująca kobieta, przeszło mu przez myśl. Byłoby najlepiej jakby zostawiła go w spokoju i zajęła się tym, czym zajmują się inne kobiety w jej wieku... Cokolwiek to mogło być, Oleander nie był pewien.
– Nie omieszkaj w takim razie podzielić się tą wiedzą z moją rodzicielką, jak zdarzy ci okazja, aby stanąć z nią oko w oko. Chociaż może lepiej, aby dostała to na piśmie. Spiszemy oświadczenie, ojcu się spodoba, zacznie się śmiać i to na nim matka skupi swoją irytację, a mnie uzna za niesamowicie zabawnego – zafalował brwiami, dumny ze swojego planu; nie miał innego celu, jak skupienie uwagi wszystkich na sobie, na tym mu najbardziej zależało, choćby musiał sięgać po tego typu środki. Po ciemnych lokach przeszła fala ekscytacji, dostrzegalna w kolorze bladej, acz ciepłej żółci, mogącej kojarzyć się z naprawdę intensywnym blondem. Mimo ćwiczeń, wciąż nie panował aż tak dobrze nad metamorfomagią, ta wymykała się spod kontroli, głównie z powodu intensywności uczuć, jakie buzowały w młodym Crouchu.
Skupił się na Rabastanie, gdy ten ściągnął odzienie wierzchnie. Niebieska koszula podbijała nienaturalność koloru jego oczu, Oleander zmrużył powieki.
– Dlaczego niebieski? – zapytał drugiego chłopaka, uznając, że nie musi tłumaczyć iż chodzi o używanie wrodzonej umiejętności, którą dzielili.
Komentarz o ślimaku go rozbawił, więc roześmiał się w głos, odsłaniając w uśmiechu rządek białych zębów.
– Moja matka jest trochę takim ślimakiem, jej wiecznie spięte w kok włosy wyglądają jak jego skorupa. Albo jak te peruki, co ludzie kiedyś nosili. Albo sędziowie nosi, ojciec taką ma, jest śmieszna. Mogłby pod nią coś ukryć. A matka w kok mogłaby wepchnąć połowe zastawy i nikt by nie zauważył – mimo wszystko, lubił opowiadać o swojej rodzinie. Irytacja Pani Crouch, zawsze kończyła się wspólnym śmiechem, a jej mąż nie był zbyt spięty, bo wiedział, że kobieta najpierw musi wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje, a później wszystko będzie w porządku. Mieli w domu dość charakterystyczną dynamikę, jednocześnie przestrzegając tradycyjnych zasad, ale traktując siebie nawzajem o wiele cieplej niż większość rodzin czystokrwistych. Przynajmniej jeżeli chodziło o ich trojkę, Severine od zawsze wydawała się nieproszonym gościem, trochę na uboczu. Oleander lubił myśleć, że była pierwszą próbą rodziców, aby coś stworzyć, która sczezła na niczym, zakończyła się rozczarowaniem; w takim układzie, on był lepszą wersją, idealnym dzieckiem, wyczekiwanym synem i każdą inną, możliwą wspaniałością. Jej obecność podbijała mu mniemanie o sobie, ego i sprawiała, że czuł się lepiej, dlatego że jej coś nie wychodziło; nie czuł się z tego powodu winny, wręcz odwrotnie, stwierdził już dawno temu, że najwyraźniej tak powinno być, a matka czy ojciec wcale nie zamierzali wyprowadzać go z tego błędu.
Usiadł przy stole, gdy został do niego zaproszony. Nie zwlekał też z odpięciem wykrochmalonego kołnierzyka, przez co był w stanie rozpiąć górny guzik białej koszuli, ukazując ukryty pod nią perłowy naszyjnik.
– Zabrałem matce jak była niesamowicie przejęta dawaniem skrzatowi instrukcji o jakimś odśnieżaniu czy czymkolwiek – odparł czysto informatywnie – I tak, Bell, zgadzam się. Dopóki myślą, że gramy według ich zasad, możemy robić wszystko, co nam się podoba i na co mamy ochotę. Nie muszą o niczym wiedzieć – oparł brodę na złożonych dłoniach. Nie sięgnał na razie po wino ani nic innego. Skupiał się na swoich towarzyszach.
– Jak w ogóle przerwa świąteczna wam mija? Nudno? Irytująco? Czy jakiś wyższy cel ma to spotkanie poza upijaniem się winem, tak spytam, zanim zacznę? Wiecie, że potrafi być ze mną trudno momentami – wspominał swoje przygody szkole, w których radował się różnymi trunkami, czasami zbyt intensywnie.
Spojrzał to na Rabastana, to na Bellatrix, gdy został wspomniany starszy brat Lestrange'a.
– Ah, no tak, bo wy coś ten? – spytał w kontekście relacji Belli i Rudolfa, nie był pewien, a raczej nie pamiętał czy było to z własnej woli czy zainicjowane przez rodziców.
– Sami z siebie czy przez rodziców? Nie pamiętam, wybacz. Mam bardzo dużo myśli w głowie, czasami mi się plączą – zwrócił się do Panny Black.
– Nie omieszkaj w takim razie podzielić się tą wiedzą z moją rodzicielką, jak zdarzy ci okazja, aby stanąć z nią oko w oko. Chociaż może lepiej, aby dostała to na piśmie. Spiszemy oświadczenie, ojcu się spodoba, zacznie się śmiać i to na nim matka skupi swoją irytację, a mnie uzna za niesamowicie zabawnego – zafalował brwiami, dumny ze swojego planu; nie miał innego celu, jak skupienie uwagi wszystkich na sobie, na tym mu najbardziej zależało, choćby musiał sięgać po tego typu środki. Po ciemnych lokach przeszła fala ekscytacji, dostrzegalna w kolorze bladej, acz ciepłej żółci, mogącej kojarzyć się z naprawdę intensywnym blondem. Mimo ćwiczeń, wciąż nie panował aż tak dobrze nad metamorfomagią, ta wymykała się spod kontroli, głównie z powodu intensywności uczuć, jakie buzowały w młodym Crouchu.
Skupił się na Rabastanie, gdy ten ściągnął odzienie wierzchnie. Niebieska koszula podbijała nienaturalność koloru jego oczu, Oleander zmrużył powieki.
– Dlaczego niebieski? – zapytał drugiego chłopaka, uznając, że nie musi tłumaczyć iż chodzi o używanie wrodzonej umiejętności, którą dzielili.
Komentarz o ślimaku go rozbawił, więc roześmiał się w głos, odsłaniając w uśmiechu rządek białych zębów.
– Moja matka jest trochę takim ślimakiem, jej wiecznie spięte w kok włosy wyglądają jak jego skorupa. Albo jak te peruki, co ludzie kiedyś nosili. Albo sędziowie nosi, ojciec taką ma, jest śmieszna. Mogłby pod nią coś ukryć. A matka w kok mogłaby wepchnąć połowe zastawy i nikt by nie zauważył – mimo wszystko, lubił opowiadać o swojej rodzinie. Irytacja Pani Crouch, zawsze kończyła się wspólnym śmiechem, a jej mąż nie był zbyt spięty, bo wiedział, że kobieta najpierw musi wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje, a później wszystko będzie w porządku. Mieli w domu dość charakterystyczną dynamikę, jednocześnie przestrzegając tradycyjnych zasad, ale traktując siebie nawzajem o wiele cieplej niż większość rodzin czystokrwistych. Przynajmniej jeżeli chodziło o ich trojkę, Severine od zawsze wydawała się nieproszonym gościem, trochę na uboczu. Oleander lubił myśleć, że była pierwszą próbą rodziców, aby coś stworzyć, która sczezła na niczym, zakończyła się rozczarowaniem; w takim układzie, on był lepszą wersją, idealnym dzieckiem, wyczekiwanym synem i każdą inną, możliwą wspaniałością. Jej obecność podbijała mu mniemanie o sobie, ego i sprawiała, że czuł się lepiej, dlatego że jej coś nie wychodziło; nie czuł się z tego powodu winny, wręcz odwrotnie, stwierdził już dawno temu, że najwyraźniej tak powinno być, a matka czy ojciec wcale nie zamierzali wyprowadzać go z tego błędu.
Usiadł przy stole, gdy został do niego zaproszony. Nie zwlekał też z odpięciem wykrochmalonego kołnierzyka, przez co był w stanie rozpiąć górny guzik białej koszuli, ukazując ukryty pod nią perłowy naszyjnik.
– Zabrałem matce jak była niesamowicie przejęta dawaniem skrzatowi instrukcji o jakimś odśnieżaniu czy czymkolwiek – odparł czysto informatywnie – I tak, Bell, zgadzam się. Dopóki myślą, że gramy według ich zasad, możemy robić wszystko, co nam się podoba i na co mamy ochotę. Nie muszą o niczym wiedzieć – oparł brodę na złożonych dłoniach. Nie sięgnał na razie po wino ani nic innego. Skupiał się na swoich towarzyszach.
– Jak w ogóle przerwa świąteczna wam mija? Nudno? Irytująco? Czy jakiś wyższy cel ma to spotkanie poza upijaniem się winem, tak spytam, zanim zacznę? Wiecie, że potrafi być ze mną trudno momentami – wspominał swoje przygody szkole, w których radował się różnymi trunkami, czasami zbyt intensywnie.
Spojrzał to na Rabastana, to na Bellatrix, gdy został wspomniany starszy brat Lestrange'a.
– Ah, no tak, bo wy coś ten? – spytał w kontekście relacji Belli i Rudolfa, nie był pewien, a raczej nie pamiętał czy było to z własnej woli czy zainicjowane przez rodziców.
– Sami z siebie czy przez rodziców? Nie pamiętam, wybacz. Mam bardzo dużo myśli w głowie, czasami mi się plączą – zwrócił się do Panny Black.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦