- Nie wiem czy to dobry pomysł, jeździć gdzieś teraz – jakiś tam rozsądek w niej był. Sama czuła podskórnie, że większe wyjazdy nie mają sensu i mogą być niebezpieczne. W Londynie będą mogli siedzieć statycznie, wszystko było też na miejscu, gdyby któreś czegoś potrzebowało – nie trzeba było się teleportować, ani nic takiego. A Victoria tego właśnie teraz potrzebowała: spokoju, by pomalutku dojść do siebie, zregenerować siły, wyleczyć się i przede wszystkim – dojść do ładu z własną psychiką. Zdaje się, że Saurielowi też dobrze by zrobiło posiedzenie na dupie, żeby i swoje siły odzyskał. Twierdził, że jest już dobrze, Victoria nie wiedziała, że tylko trochę mu się polepszyło (no dobrze, trochę jednak wiedziała, normalnie nie zaproponowałby, żeby się do niego przytulała). Obojgu dobrze by to zrobiło. A taki wyjazd gdzieś indziej… Brzmiałby jak zmarnowany czas, gdyby musieli gdzieś siedzieć na wyjeździe. - Ale kiedy indziej… czemu nie – nie chciała by Sauriel pomyślał, że nie chciałaby się z nim nigdzie wybrać tak całkowicie prywatnie, bez pracy jako powód wycieczki. - Napiszę do Bren i Cyny. Do Bren i tak muszę napisać, wysłała mi dzisiaj dwie sowy – uśmiechnęła się krzywo, bo jeden z listów leżał tutaj, na stole. Wraz z rysunkiem tego faceta, któremu tak dobrze się przyjrzała, gdy dusił ją w Wielkiej Sali Hogwartu. No a drugi list wraz z pakunkiem wręczyła Strzałce, bo właściwie to był do niej. Skrzatka nie posiadała się ze szczęścia, kiedy po rozpakowaniu prezentu zobaczyła, że dostała nowy kocyk. - Isabelli i tacie po prostu powiem – dzisiaj matka była już Isabellą, ale w nocy do skrzatki mówiła o niej per „mama”. Czas i panika (teraz była jednak mniejsza niż w nocy) robiły swoje.
Patrzyła teraz na Sauriela z wyrzutem. Jak takie obrażone dziecko. A wszystko dlatego, że brzmiał rozsądnie, mówił z sensem i obnażał jej luki w logice (w czym?) w tak dziecinnie prosty sposób. To musiał być prawdziwie zabawny widok, kiedy ich role tak bardzo się odwróciły, bo to nie ona była teraz głosem rozsądku, tylko on. I naprawdę był delikatny, widziała, że się starał. Nawet nie wyczuła, że cierpliwość mu się do niej kończyła.
- Od kiedy to ty jesteś tym mądrzejszym? – to nie tak, że nie chciała, by taki był. Po prostu dzisiaj było jej to cholernie nie na rękę i była bliska robić foszki jak mała księżniczka, którą rzecz jasna nie była. - Dobrze, dobrze, już dobrze. Wypiję – mruknęła, niezadowolona i obrażona. - Ale na razie daj mi się jeszcze potulić – obrażona i bezczelna. - Ktoś będzie mnie musiał zaprowadzić do pokoju gościnnego – bo przecież nie będzie spała w swoim – absolutnie to nie wchodziło w grę. Poza tym prosiła, by nikt tam nie wchodził i nie sprzątał, póki nie zadecydowała, co zrobić ze sprawą. Czy ją zgłosić, a jeśli tak – to w jaki sposób. I tak. Jej słowa brzmiały jak sugestia, bo nią były.
- Powinni być na to w szpitalu gotowi, w ten czy inny sposób – upierała się dalej, bo do cholery, to był s z p i t a l. Mieli tam też zapas krwi, mogli ją wampirowi podać, potrzebował jej tak jak każdy inny człowiek, tylko podaną w nieco inny sposób.