Dochodzące zza ściany okrzyki ich towarzyszek nie wprawiały Sebastiana w zbyt pozytywny nastrój, biorąc pod uwagę wszechogarniający chaos, w którym obecnie zdawali się tonąć. Czy odgłosy Lety i Pandory sugerowały, że napotkały na coś gorszego niż chmara robactwa? Gdyby mógł, to by się przeżegnał na samą myśl. Nie zasługiwały na to, zwłaszcza Pandora, która przecież ledwo co dołączyła do ich grupy.
Macmillan nastawiał się już na to, że owady opadną na ziemię przez zaklęcie chłodu rzucone przez Ulyssesa, jednak ku ogólnej konsternacji zebranych w piwnicy czarodziejów... Tak się nie stało. Zamiast tego pośród cieni zaczęła się odznaczać sporych rozmiarów ludzka sylwetka, aby po chwili odkryć przed nimi facjatę... jakiegoś gościa. Sebastian przekrzywił głowę, nie bardzo wiedząc, co się stało. Widmo? Jeśli tak, to nadzwyczaj realistyczne. Wspomnienie dawnego rezydenta?
— Oh — wymsknęło mu się, gdy usłyszał formułkę zaklęcia znaną praktycznie każdemu uczniowi, który ukończył III rok nauki w Hogwarcie.
Bogin, co?, pomyślał, zamierając na moment, aż sylwetka obcego faceta przeistoczy się w coś bardziej zabawnego. Może zmieni się w cyrkowego klauna? Tęczowego kuguchara? Smoka, który zamiast ziać ogniem, puszczał bańki mydlane. Sam by się nie domyślił, że mają do czynienia z boginem. Jego strach był czymś pospolitym. Owady. Były wszędzie, zwłaszcza w miejscach, które kazał mu odwiedzać Cathal w ramach wspólnych wypraw.
Gdy zaklęcie Ulyssesa nie zadziałało, podniósł rękę na ich przeciwnika, jednak ten zdawał się go ignorować. Zamiast tego nieznany Sebastianowi mężczyzna zdawał się taksować wzrokiem młodego Rookwooda, zerkając co rusz na Cathala. A co jeśli to był jakiś test? Lub element systemów obronnych posady? Co, jeśli starcie z boginem było inicjacją, którą mogli spartaczyć, jeśli się jej nie poddadzą. Egzorcysta wziął głęboki oddech i po prostu zamarł. Może bogin sam z siebie straci nimi zainteresowanie?