06.11.2022, 00:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.11.2022, 00:37 przez Theseus Fletcher.)
Muzyka była raczej miła, nie przepadał za tym rodzajem rozrywki, ale nie mógł też narzekać na cokolwiek było zaproponowane na balu. Nie był w pozycji, nie zamierzał też czegokolwiek krytykować. Musiałby się Brennie przyznać, że co najmniej połowy z tych ludzi nie cierpiał za samo patrzenie na nich. I nie byli oni niczemu winni. Po prostu urodzili się i wychowali na snobów, leniwych bajerantów, prostych a zarozumialców, czy zadufanych w siebie deklamatorów własnej, choć wątpliwej mądrości. Widział piękne damy, które podtrzymywały swoją dumę wysoko uniesionymi podbródkami, a owoce swojej nieskazitelności musiałyby zaraz zbierać z podłogi o ile ich partnerzy i fatyganci nie zrobiliby tego za nich. Nie nienawidził tych ludzi, byłoby mu nawet ich szkoda, ale nie potrafił się do tego jakoś zmusić. Nie przepadał za nimi, ale nie za wszystkimi, więc mógł się w tej chwili schować za długą kurtyną własnej hipokryzji.
Nie minęło kilka minut, a jemu już chciało się palić. Najlepiej od razu paczkę. Dziwny, ale znajomy dreszcz zaczął wchodzić mu w górę pleców, kręg po kręgu, aż do karku. Nagle też zaschło mu w ustach, ale wiedział, że niewiele im zajmie – jemu i Norze, z którą miał spędzić resztę wieczoru – na odnalezienie kieliszka szampana, czy innego wesołego trunku.
Po wyściskaniu Brenny, Theseus pozwolił sobie na lekki ukłon w stronę Nory. Nie znali się, ale rozpromieniona twarz kobiety sprawiła, że mimowolnie się rozpogodził. Nora Figg pachniała wypiekami i całą sobą emanowała jakimś dziwnym uczuciem lekkości. Wyglądała jak uosobienie ciepłych racuchów z domowymi konfiturami malinowymi.
- Miło mi poznać i mam nadzieję, że podołam zadaniu. – mrugnął wesoło do swojej partnerki, pozwolił przysunąć się do niej nieco bliżej. I dobrze, że to zrobił, bo po chwili przyszło mu się witać z rodzeństwem Moody, których nie znał zbyt dobrze, ale kojarzył. Zdawało mu się jednak, że są jakimś pokłóconym małżeństwem, nie rodziną z jednej linii. Nie jego rzeczą było wnikać w konotacje, zauważył jednak zmianę w Norze. Widział jak wyraz jej twarzy w spotkaniu z Alastorem zmienia się ze słodziutkiego baranka w rozjuszonego kozła gotowego rozbić na jego głowie ten sam tort, który przygotowywała na to przyjęcie.
Fletcher został postawiony przez kimś, kogo powinien kojarzyć, ale obraz z przeszłości przez natłok myśli jakoś mu się w tej chwili rozmywał. Nie mógł połączyć jednego z drugim, więc wybrał opcję udawania głupa. Wychodziło mu to momentami nad wyraz dobrze, choć pozostawiało innych w lekkim skonfundowaniu.
Niewiele, tylko kilka sekund miał na to, aby zdecydować co zrobić z dłonią Zeneidy Moody. I po raz pierwszy, ale pewnie nie ostatni tego wieczoru, popełnił faux pas. Zjeżdżając wzrokiem na dłoń kobiety pozostał tam, na tej samej wysokości przez dobrych parę sekund. Nie chodziło o biust, nie chodziło o nic może, ale ta suknia układała się na niej tak, że w głowie pozostała mu tylko jedna wielka pustka. Na domiar złego zdał sobie sprawę, że musi wyglądać co najmniej jak sparaliżowany. Włos mu się zjeżył na karku, do mózgu w końcu dotarł jakiś impuls łączący ośrodek myślowy z kończynami. Zadziałał instynktownie. Wziął rękę kobiety i uścisnął tak, jakby zawierał właśnie z trzy razy większym od niej gagatkiem, umowę na dostawę bawolich skór. I nie chodziło o moc uścisku a energiczne potrząśnięcie jej ręką. W zasadzie, jeśli w porę nie zareagowała, mogła się cała trząść, razem z tą piękną acz niebezpieczną suknią, którą miała na sobie.
A on nawet się nie przedstawił.
Ten sam uścisk podarował Alastorowi, tyle że już bez nieokreślonego słowami wpartywania się w jego klatkę piersiową.
- Może zaczniemy od podróży w stronę tych sławnych wypieków? – zapytał Nory, wypuściwszy powietrze z ust. I nie wiadomo o jakie wypieki dokładnie mu chodziło. – Brenna bardzo chwaliła twój talent, nie miałem jeszcze okazji się przekonać.
Theseus Fletcher zastosował znaną i lubianą taktykę wycofywania się rakiem.
Jeśli Nora się zgodzi, Theseus i ona odchodzą w jednym w kierunków, robiąc miejsca kolejnym gościom zgromadzonym wokół gospodarzy.
Nie minęło kilka minut, a jemu już chciało się palić. Najlepiej od razu paczkę. Dziwny, ale znajomy dreszcz zaczął wchodzić mu w górę pleców, kręg po kręgu, aż do karku. Nagle też zaschło mu w ustach, ale wiedział, że niewiele im zajmie – jemu i Norze, z którą miał spędzić resztę wieczoru – na odnalezienie kieliszka szampana, czy innego wesołego trunku.
Po wyściskaniu Brenny, Theseus pozwolił sobie na lekki ukłon w stronę Nory. Nie znali się, ale rozpromieniona twarz kobiety sprawiła, że mimowolnie się rozpogodził. Nora Figg pachniała wypiekami i całą sobą emanowała jakimś dziwnym uczuciem lekkości. Wyglądała jak uosobienie ciepłych racuchów z domowymi konfiturami malinowymi.
- Miło mi poznać i mam nadzieję, że podołam zadaniu. – mrugnął wesoło do swojej partnerki, pozwolił przysunąć się do niej nieco bliżej. I dobrze, że to zrobił, bo po chwili przyszło mu się witać z rodzeństwem Moody, których nie znał zbyt dobrze, ale kojarzył. Zdawało mu się jednak, że są jakimś pokłóconym małżeństwem, nie rodziną z jednej linii. Nie jego rzeczą było wnikać w konotacje, zauważył jednak zmianę w Norze. Widział jak wyraz jej twarzy w spotkaniu z Alastorem zmienia się ze słodziutkiego baranka w rozjuszonego kozła gotowego rozbić na jego głowie ten sam tort, który przygotowywała na to przyjęcie.
Fletcher został postawiony przez kimś, kogo powinien kojarzyć, ale obraz z przeszłości przez natłok myśli jakoś mu się w tej chwili rozmywał. Nie mógł połączyć jednego z drugim, więc wybrał opcję udawania głupa. Wychodziło mu to momentami nad wyraz dobrze, choć pozostawiało innych w lekkim skonfundowaniu.
Niewiele, tylko kilka sekund miał na to, aby zdecydować co zrobić z dłonią Zeneidy Moody. I po raz pierwszy, ale pewnie nie ostatni tego wieczoru, popełnił faux pas. Zjeżdżając wzrokiem na dłoń kobiety pozostał tam, na tej samej wysokości przez dobrych parę sekund. Nie chodziło o biust, nie chodziło o nic może, ale ta suknia układała się na niej tak, że w głowie pozostała mu tylko jedna wielka pustka. Na domiar złego zdał sobie sprawę, że musi wyglądać co najmniej jak sparaliżowany. Włos mu się zjeżył na karku, do mózgu w końcu dotarł jakiś impuls łączący ośrodek myślowy z kończynami. Zadziałał instynktownie. Wziął rękę kobiety i uścisnął tak, jakby zawierał właśnie z trzy razy większym od niej gagatkiem, umowę na dostawę bawolich skór. I nie chodziło o moc uścisku a energiczne potrząśnięcie jej ręką. W zasadzie, jeśli w porę nie zareagowała, mogła się cała trząść, razem z tą piękną acz niebezpieczną suknią, którą miała na sobie.
A on nawet się nie przedstawił.
Ten sam uścisk podarował Alastorowi, tyle że już bez nieokreślonego słowami wpartywania się w jego klatkę piersiową.
- Może zaczniemy od podróży w stronę tych sławnych wypieków? – zapytał Nory, wypuściwszy powietrze z ust. I nie wiadomo o jakie wypieki dokładnie mu chodziło. – Brenna bardzo chwaliła twój talent, nie miałem jeszcze okazji się przekonać.
Theseus Fletcher zastosował znaną i lubianą taktykę wycofywania się rakiem.
Jeśli Nora się zgodzi, Theseus i ona odchodzą w jednym w kierunków, robiąc miejsca kolejnym gościom zgromadzonym wokół gospodarzy.