13.08.2023, 13:17 ✶
Miło się rozmawiało z Cynthią, choć miałem nieodparte wrażenie, że to tylko pozory. Wszystko, co działo się pomiędzy - jak to określiła sama panna Cynthia Flint - szlachetną dwudziestką ósemką było tylko pozorami, wymuszoną mniej lub bardziej grzecznością, delikatną bądź bardziej agresywną grą. Byliśmy wszyscy zakłamani - przynajmniej tak sądziłem, biorąc na poprawkę doświadczenia płynące z mojej własnej rodziny, szlachetnego, dumnego rodu Rookwoodów. I kto wie? Może byliśmy największymi kłamcami wśród kłamców? Nie, nie chełpiłem się tym i właściwie bardziej preferowałem szczerość, ale ze wszystkim nie można było być szczerym i wylewnym, czyż nie?
Choć to byłoby zaskakujące, gdybym nagle podniósł spojrzenie na Cynthię, patrzył jej prosto w oczy i przyznał, że Voldemort mi jest trochę jak Ojciec Chrzestny, bo zadomowił się u nas w posiadłości na stałe. Bynajmniej tak mi sie wydaje, że na stałe.
Ech, ale nie mogę być aż tak szczery przed Cynthią, bo to byłoby zgubne, więc zachowuję pozory spokoju z nutką smutku, bo myślę o swojej rodzinie. Małżonka, dwójka synów i trzecie dziecko w drodze... Siostra, brat... No, Ojciec również na tej karuzeli niebezpieczeństwa, choć on jest aurorem. Od zawsze lawirował na granicy życia i śmierci, podobnie jak moja matka ze swą chorobą.
- Przyznam ci, aczkolwiek proszę o dyskrecję, bo nie chciałbym by to się rozeszło po Ministerstwie, że czegoś mi może brak, że może jestem zbyt niepewny własnych umiejętności, ale... Może ty również to czujesz, bo to, tak myślę, że jest jak najbardziej naturalne... Cóż, mimo czystości krwi obawiam się o swoją rodzinę. Kto wie, co wariatowi uderzy do głowy? - wyznają przez Cynthią i unoszę czym prędzej filiżankę do ust by ukryć własne zestresowanie, zmieszanie, niepewność. Nie bywam taki. Przynajmniej nie zawsze, szczególnie w murach Ministerstwa Magii, ale coś w pannie Flint spowodowało, że postanowiłem się wynurzyć. Możę pragnąłem by ujrzała we mnie czarodzieja, a nie maszynę do pracy. Choć oboje byliśmy jak te maszyny... Zastanawiałem się, czy nie pozostać w godzinach nadliczbowych i nie dokończyć tej pracy, nie sprawdzić wszystkiego po stażyście, bo bardzo mi zależało na pracy, na poważaniu, na sumienności.
- Jeszcze nie miałem okazji... Bywa niepocieszona. Mam nadzieję, że się nie uskarżała na moją pracę? - zagadałem do Cynthii. Może Lycoris coś jej podszepnęła. Wydawały się być ze sobą zgrane i choć radziłem sobie lepiej niż inni, to kto wie? Może też w ich oczach byłem stażystą, który się motał. Może tak naprawdę Cynthia nie mówiła o nim, tylko o mnie? Może chciała mi dać podtekstowy znak bym się ogarnął?
Ale nie wiem, skąd we mnie te myśli. Jestem perfekcjonistą. Wolałbym nie przespać nocy, ale ujrzeć wszystkie defekty na ciele ofiary i doczytać sprawy, których nie byłem pewien.
- Ciało jest złożone w swojej strukturze, a czary, zaklęcia, klątwy, eliksiry komplikują je jeszcze bardziej... Ale wszystko widać, kiedy tylko dokładnie się patrzy i wie się, czego szukać - przyznałem, obserwując pannę Flint. Nie bacznym spojrzeniem, nieco zmęczonym, nieco łagodnym. Nie bywałem furiatem. Raczej flegmatykiem, kiedy oczywiście w grę nie wchodziły imprezy z siostrą albo pojedynki magiczne. Wtedy powracałem do życia. - I faktycznie ostatnie przypadki to schematy... Przyznam, że czekam na ciała, które uruchomią nasze wyobraźnię. Fajnie byłoby połączyć umysły, łącząc siły w skomplikowanej sprawie. Ale to schematy. Czasami łapię się na tym, że zbyt uparcie szukam wyjątku od reguły... Ale to dobrze, bo przynajmniej nic mi nie umknie przez ignorancję - przyznałem na jej uwagi, po czym się uśmiechnąłem leniwie. - Też tak miewasz? Pracujesz tu znacznie dłużej. Od dawna? - zapytałem z ciekawością, łapiąc za kolejne ciastko. Obejrzałem je z nieskrywaną uwagą, jak gdyby mogło mi wyznać coś o mordowaniu, o akcie umierania, o samej śmierci jakieś tajemnice. Po czym ugryzłem je, ale nie wydało z siebie nawet tchnienia.
Choć to byłoby zaskakujące, gdybym nagle podniósł spojrzenie na Cynthię, patrzył jej prosto w oczy i przyznał, że Voldemort mi jest trochę jak Ojciec Chrzestny, bo zadomowił się u nas w posiadłości na stałe. Bynajmniej tak mi sie wydaje, że na stałe.
Ech, ale nie mogę być aż tak szczery przed Cynthią, bo to byłoby zgubne, więc zachowuję pozory spokoju z nutką smutku, bo myślę o swojej rodzinie. Małżonka, dwójka synów i trzecie dziecko w drodze... Siostra, brat... No, Ojciec również na tej karuzeli niebezpieczeństwa, choć on jest aurorem. Od zawsze lawirował na granicy życia i śmierci, podobnie jak moja matka ze swą chorobą.
- Przyznam ci, aczkolwiek proszę o dyskrecję, bo nie chciałbym by to się rozeszło po Ministerstwie, że czegoś mi może brak, że może jestem zbyt niepewny własnych umiejętności, ale... Może ty również to czujesz, bo to, tak myślę, że jest jak najbardziej naturalne... Cóż, mimo czystości krwi obawiam się o swoją rodzinę. Kto wie, co wariatowi uderzy do głowy? - wyznają przez Cynthią i unoszę czym prędzej filiżankę do ust by ukryć własne zestresowanie, zmieszanie, niepewność. Nie bywam taki. Przynajmniej nie zawsze, szczególnie w murach Ministerstwa Magii, ale coś w pannie Flint spowodowało, że postanowiłem się wynurzyć. Możę pragnąłem by ujrzała we mnie czarodzieja, a nie maszynę do pracy. Choć oboje byliśmy jak te maszyny... Zastanawiałem się, czy nie pozostać w godzinach nadliczbowych i nie dokończyć tej pracy, nie sprawdzić wszystkiego po stażyście, bo bardzo mi zależało na pracy, na poważaniu, na sumienności.
- Jeszcze nie miałem okazji... Bywa niepocieszona. Mam nadzieję, że się nie uskarżała na moją pracę? - zagadałem do Cynthii. Może Lycoris coś jej podszepnęła. Wydawały się być ze sobą zgrane i choć radziłem sobie lepiej niż inni, to kto wie? Może też w ich oczach byłem stażystą, który się motał. Może tak naprawdę Cynthia nie mówiła o nim, tylko o mnie? Może chciała mi dać podtekstowy znak bym się ogarnął?
Ale nie wiem, skąd we mnie te myśli. Jestem perfekcjonistą. Wolałbym nie przespać nocy, ale ujrzeć wszystkie defekty na ciele ofiary i doczytać sprawy, których nie byłem pewien.
- Ciało jest złożone w swojej strukturze, a czary, zaklęcia, klątwy, eliksiry komplikują je jeszcze bardziej... Ale wszystko widać, kiedy tylko dokładnie się patrzy i wie się, czego szukać - przyznałem, obserwując pannę Flint. Nie bacznym spojrzeniem, nieco zmęczonym, nieco łagodnym. Nie bywałem furiatem. Raczej flegmatykiem, kiedy oczywiście w grę nie wchodziły imprezy z siostrą albo pojedynki magiczne. Wtedy powracałem do życia. - I faktycznie ostatnie przypadki to schematy... Przyznam, że czekam na ciała, które uruchomią nasze wyobraźnię. Fajnie byłoby połączyć umysły, łącząc siły w skomplikowanej sprawie. Ale to schematy. Czasami łapię się na tym, że zbyt uparcie szukam wyjątku od reguły... Ale to dobrze, bo przynajmniej nic mi nie umknie przez ignorancję - przyznałem na jej uwagi, po czym się uśmiechnąłem leniwie. - Też tak miewasz? Pracujesz tu znacznie dłużej. Od dawna? - zapytałem z ciekawością, łapiąc za kolejne ciastko. Obejrzałem je z nieskrywaną uwagą, jak gdyby mogło mi wyznać coś o mordowaniu, o akcie umierania, o samej śmierci jakieś tajemnice. Po czym ugryzłem je, ale nie wydało z siebie nawet tchnienia.