Cały dzień chodziła trochę jak na szpilkach. Kiedy dostała wiadomość zwrotną od Brenny to nie wiedziała czy odetchnąć z ulgą czy jeszcze bardziej się bać – tym razem każdego cienia, każdego wrażenia, że jest się obserwowanym. Była pewna natomiast, że jak dłużej pozostanie w tym domu, to na pewno zwariuje, a skoro Sauriel nie musiał spać, to mógł mieć na nią oko… Nie chciała go tak wykorzystywać. I jednocześnie nie miała pojęcia co jeszcze ma zrobić. Swojej matce też adresu nie podała, bo „na wszelki wypadek”. Po pierwsze to po prostu chciała mieć święty spokój, a po drugie zwyczajnie nie chciała mówić gdzie dokładnie się zatrzymają, nie chciała też mówić, że to jej własność. Postawiła więc na krótkie „a co jeśli ten ktoś słucha?” – dla niby-pewności. Po prostu nie chciała zdradzać swojej „kryjówki”. Swojego lokum na „wszelki wypadek. To wyjaśnienie okazało się dla pani Lestrange wystarczające – plus to, że będą w Londynie. W razie czego sowa ich znajdzie, no a poza tym Victoria nie będzie sama. Z mężczyzną? Cóż… Isabella musiała to jakoś przełknąć.
Victoria miała cały dzień na spakowanie się. Ona akurat przemyślała co ze sobą bierze – więc prócz ubrań i jakichś kosmetyków, wzięła też cały zapas eliksirów, ale też jeden z mniejszych kociołków i jakieś składniki, gdyby trzeba było coś przygotować na miejscu. A poza tym planowała to tam już zostawić, żeby było na stanie na przyszłość. Wzięła też inne rzeczy, których tam brakowało, a jakie mogłyby tam pozostać. Tak jak powiedziała kiedyś Saurielowi – nikt tam nie mieszka, ale czasami znosiła tam jakieś rzeczy, bo było to wspaniałe miejsce wypadowe, w samym centrum Londynu (i Morgana jej świadkiem, tanie w zakupie na pewno nie było), ale póki co robiło za miejsce noclegowe na większego kaca i by Sauriel mógł dojść do siebie po zatruciu. Zabawne, że tym razem to też miało być miejsce, gdzie mógł się zregenerować. Jej torba wyglądała na znacznie mniejszą niż pomieściła rzeczy.
Wstała z kanapy, kiedy zjawił się Sauriel. Nie spodziewała się za to, że podejdzie do niej, by ją objąć, przyciągnąć do siebie, jakby w ten sposób miał ją chronić przed złem świata. W pierwszej sekundzie z wahaniem, lecz ten gest odwzajemniła, niezbyt mocno, ale też jej obandażowana ręka nie pozwalała na żadne mocne uściski.
- Jest dobrze, w tym sensie, że nic mi nie jest. Ale ktoś mnie obserwuje. Mnie, ten dom. To nie był przypadek. I najwyraźniej nie jestem jedyna – nie wiedziała, czy to dlatego, że nagle zyskała na popularności, a może to był sposób Śmierciożerców na to, by ją wyeliminować? Dzisiejsza wymiana sów z Brenną mocno ją zaalarmowała. Zaniepokoiła. Teraz cienie były większe, łatwiej było się w nich skryć, ale dzisiaj nie miała tego denerwującego wrażenia, że jest obserwowana. - Naprawdę muszę się stąd wynieść. Odetchnąć – to, że dzisiaj tego wrażenia nie było, nie znaczyło, że się nie pojawi.