— Pójdziemy — obiecał bez wahania. — Kiedy już będziesz mogła chodzić, nie krzywiąc się przy co drugim kroku, jak podczas spaceru do łazienki przed weekendem
Wprawdzie z oczywistych względów nie mógł przebywać na sali Rudej przez cały swój dyżur, jednak nie oznaczało to, że nie miał na nią oka. W tym wypadku nie musiał nawet zbytnio wykorzystywać swojego naturalnego uroku osobistego. Nawet sam był zdziwiony, bo praktycznie wystarczyło się uśmiechnąć i tyle.
Pielęgniarki lubiły gadać, a zdarzenia na Beltane były na tyle tajemnicze i... dramatyczne, że nawet personal medyczny nie potrafił powstrzymać się przed plotkowaniem i spekulacjami. A obecność na oddziale brygadzistki, która była w samym środku walki i na dodatek była gwiazdą społeczności czarodziejów, jeszcze wzmagała chęci do rozmów.
— Jak tak o tym myślę, to byłaby z tego niezła ironia losu — stwierdził z krzywym uśmiechem, śmiejąc się nieco nerwowo. — Biorąc pod uwagę twoje zainteresowania i karierę sportową. Już widzę te nagłówki: „Była szukająca Harpii z Holyhead ginie pod trzonkiem Nimbusa 1971! Artykuł na stronie 2!”.
Pokręcił głową, a gdy już rozsiedli się w kafeterii, wysłuchał w skupieniu zamówienia Rudej, aby po chwili ruszyć do kasy. Słodkości... Słodkości... I jeszcze raz słodkości. Z tego, co się orientował, na dziewczynę nie czekały żadne ważne testy, więc może faktycznie spróbowanie czegoś innego by jej nie zaszkodziło. Święty Mung obfitował w cuda, do jakich dochodziło na salach operacyjnych czy na oddziałach ratunkowych, jednak jedzenie wydawane pacjentom nie było szczytem marzeń.
— Bardzo proszę, bohaterko — zapowiedział, stawiając przed nią, niczym profesjonalny kelner tackę z logo szpitala, na której znalazło się ciastko z kremem i owocami na talerzyku, szklany pucharek z lodami oraz kartonik z sokiem pomarańczowym. — Smacznego.
Wrócił na swoje miejsce. Dla siebie wziął paczkę herbatników czekoladowych i filiżankę herbaty owocowej.
— Ja też — odwzajemnił uśmiech, ściskając lekko jej dłoń. — Mam wrażenie, że od Beltane panuje jeden wielki chaos. Gdyby nie to kryzysowe centrum medyczne w Dolinie, to pewnie byłoby tu jeszcze gorzej. — Wzdrygnął się na samo wspomnienie o warunkach, w jakich musiał wręcz z Florence Bulstrode leczyć ocalałych po sabacie. — Wolę widzieć cię tutaj, niż tam, jeśli mam być szczery. Przynajmniej jesteś bezpieczna.
Na tyle, o ile, pomyślał gorzko. To, co go odróżniało od Heather i Charliego było to, że nie miał zbyt wielu problemów z tym, aby pozwolić, żeby ważne wydarzenia odbywały się bez jego udziału. Chciał się trzymać jak najdalej od centrum zdarzeń, zwłaszcza jeśli były nim takie jatki, jak ta, do której doszło w Dolinie Godryka pod wodzą Czarnego Pana i jego Śmierciożerców. Było to samolubne, ale cieszył się, że na razie odsunięto Rudą od zadań służbowych. Może szczęście jej dopisze i wróci do aktywnej służby, gdy w Ministerstwie Magii najgorsza burza dobiegnie końca?
— Wiesz już, co będzie, gdy stąd wyjdziesz? — spytał z zaciekawieniem, ale dopiero po chwili zreflektował się, że nie doprecyzował. — To znaczy... Wracasz do rodziców, czy masz jeszcze coś innego na oku?
Osobiście podejrzewał, że matka Heather mogła mieć w tej kwestii całkiem sporo do powiedzenia, ale wolał nie zakładać z góry pewnych oczywistości. Ruda była uparta, a pobyt w szpitalu mógł rozbudzić jej kreatywność. A może rodzina chciała ją wysłać gdzieś na wieś lub za granicę do dalszej rodziny, co by doprowadziła się do porządku w... bezpiecznym kraju? Cameron nieco zbladł na tę myśl.