Wiadomość od Sauriela zupełnie ją zaskoczyła. Nie spodziewała się żadnego zaproszenia gdziekolwiek, żadnego wyjścia na „działkę”, żadnego niczego tak naprawdę. No dobrze, coś tam jej napisał, ale mgliście i tajemniczo – dowiedziała się jedynie tyle, że po nią przyjdzie. Więc była… Jakoś tam gotowa, kiedy zjawił się Sauriel, ale zupełnie nie na to, co jej opowiedział. No wspominał już o „ogórczych jajeczkach”, kiedy poprawiała go, że chodzi o nasiona, a nie jajka, ale nie sądziła, że ta historia jest tak rozbudowana. Kazała więc Saurielowi chwilę poczekać, to ona się przebierze odpowiednio, przecież nie będzie w sukience doglądać ogórków na działce. Tym bardziej, że wziął jej ten miód pitny… i ciasteczka. Niektórzy mężczyźni przynosili kobiecie na spotkania kwiaty, Sauriel natomiast przynosił słodycze i czasami alkohol.
Mało się za głowę nie złapała, kiedy Sauriel tak jej opowiadał… Co to razem ze Stanleyem nie wyczyniali przy tych ogórkach. Stalneya oczywiście znała… Tylko nie wiedziała, że to ten sam Stanley Borgin, a nie żaden inny jego imiennik. Więc tylko się uśmiechała z niedowierzaniem. W byciu dokładnym nie było nic złego – sama lubiła, jeśli wszystko miało swoje miejsce i było poukładane, nie śmiała więc tego krytykować. Ale już brać się za coś, czego zupełnie się nie rozumie samemu, bez pomocy kogoś, kto chociaż zna podstawy – musiała tutaj wyglądać bardzo sceptycznie. No i przede wszystkim nie rozumiała jednego: dlaczego, u jasnej cholery, akurat O G Ó R K I? Było tyle innych warzyw… Przy cebuli na przykład nie trzeba się było tyle narobić, a miała równie szerokie zastosowanie. I tyleż samo odmian. Pamiętała też o szesnastu łopatkach, o których już jej gadał Sauriel, a teraz jak powiedział o tym jak we dwoje zasadzali szesnaście doniczek ogórkami… Och, Morgano i Merlinie.
Jedno było faktem: Sauriel był nadzwyczaj szczęśliwy tego dnia i Victoria analizowała to na swój sposób, chciała też zrozumieć. I za nic nie chciała, żeby mu się ten humor popsuł – tak rzadko go takim widziała. Prawdę mówiąc, to chyba nigdy wcześniej.
- Cześć, Borgin – przywitała się ze Stanleyem, którego rzecz jasna znała. I z BUMu i… I ze szkolenia na aurora. Którego nie zdał, bo nie przyszedł na egzamin. - Powiedziałabym, że kopę lat, ale w sumie to nie. Więc to robisz zamiast przychodzić na egzaminy… Sadzisz ogóry – prawie powiedziała „ogry”, jakby ciągnąc ten cały żart, ale wolała na własną rękę wybadać jak bardzo Borgin był łatwowierny i wierzył we wszystko co przeczyta… Tym niemniej aż spojrzała na Sauriela zaskoczona, kiedy przedstawił ją jako „jego piękną Victorię”. Zrobiło jej się miło – to na pewno.