Dzisiaj był ten boski mini rynek letni ze świeżymi warzywami, owocami, było na nim pełno słodyczy, które będzie mogła przerobić na te mega magiczne cukierki dla dzieci. Dodatkowo musiała kupić materiały na nowe stroje dla rodziny, bo niektóre dzieciaki wyrastały już ze swoich. Zadeklarowała się, że sama dzisiaj zrobi zakupy, aby uzupełnić zapasy. Co mogła to oczywiście ukradła, a co nie mogła to kupiła. Wiedziała, że nikt jej nie przyłapie – była zbyt świetna w tym. Musiała też uzupełnić składniki do eliksirów, do kuchni i inne rzeczy potrzebne w cyrku. Zaczynało się lato, niedługo dzieci wrócą ze szkoły i cyrk ze swoimi występami ruszy pełną parą. Dni odpoczynku pójdą w zapomnienie. Tak się zakochała jednak w ilości ludzi w tamtym miejscu, że straciła poczucie czasu. Niedługo odjedzie pociąg, którym chciała wrócić do domu, a przede wszystkim zaraz będzie ciemno i nikt jej nie ochroni przed tym, co się pod osłoną nocy kryło w cieniach. Latarnie już świeciły, niebo zachodziło krwistą czerwienią, a ona nie chciała stracić panowania nad swoimi emocjami, nie chciała zrobić nikomu krzywdy jako okropny, dziki lis pożerający ludzi na kolację.
Ubrana była w letnią, kremową suknie, która odkrywała jej ramiona i eksponowała niewielkie piersi w odpowiednim miejscu. W talii miała przewiązany skórzany pasek, a na udzie miała przypięty niewielki nożyk w razie jakby magia zawiodła – tak na wszelki wypadek. Na nogach miała wygodne pantofle bez obcasów. W ręku trzymała wiklinowy kosz, który miał zaczarowane dno i mieściło się w nim więcej rzeczy niż mugolski umysł mógł sobie wyobrazić. Usłyszała jak jeden z budynków jest niszczony, do jej uszu dotarł też strzępek podejrzanej rozmowy, gdzieś w bocznej uliczce i nagle wybiegło z niej trzech chłopaków, potrąciło ją po drodze, ale utrzymała się na nogach. Chciała na nich nakrzyczeć, zrugać ich jak stara, dobra babcia, ale zamiast tego jej oczom ukazał się chłopiec, poturbowany chłopiec, przygnieciony przez kawałki gruzu. Krzyknęła upuszczając swój koszyk i pobiegła do niego najszybciej jak tylko mogła, a strach przed ciemnością nagle uleciał. Pojawiła się adrenalina. Rozejrzała się dookoła z nadzieją, że zobaczy jakiegoś stróża prawa, ale uliczka była pusta. Pewnie ludzie nadal bawili się na rynku, kupowali warzywa, owoce, słodycze, jeździli na karuzelach, które również były tam rozstawione. Śmieli się, handlowali, a ona była przerażona. Bez zastanowienia użyła najprostszych czarów, aby uwolnić chłopca spod kawałków ściany i drewna.
– Hej, halo, nie zasypiaj! – dotknęła jego ramienia lekko. Nigdy nie udzielała nikomu pierwszej pomocy, nigdy nie łatała takich ran, a widok krwi spowodował, że ręce zaczęły jej drżeć ze strachu. Nie mogła sobie przypomnieć żadnego zaklęcia, którego go uleczy, ba! Chyba takiego nie znała. Nie chodziła nigdy do szkoły. – Musisz mi powiedzieć, co mam zrobić – najgorszy rodzaj bohatera to ten, który nie wie jak być bohaterem. – Dasz radę się podnieść? Złamałeś coś? Ile widzisz palców? – wystawiła mu przed twarz dwa palce. – Jak się nazywasz? Jak się czujesz? Nie mdlej tylko, nie mam tyle siły, aby cię dźwigać – mówiła, zadawała pytania, bo tylko to jej przychodziło do głowy. – Myślisz, że ci nicponie tutaj wrócą? Możemy kogoś powiadomić o tej sytuacji?