Spodziewała się, że za drzwiami zastanie rodziców. Nie była zupełnie przygotowana na spotkanie ze Stanleyem. Zresztą on sam miał sporo swoich problemów, ona miała mu dołożyć swoich? Nie powinna, tylko, że trudno było się nie domyślić, że coś jest z nią nie tak. Zapuchnięte oczy, pidżama, całokształt. Wyglądała naprawdę jak siedem nieszczęść. No, ale otworzyła te cholerne drzwi. Nie miała wyjścia, musiała zmierzyć się z rzeczywistością, która była okrutna.
Patrzyła na niego, kiedy stała w tych drzwiach. Jej wzrok był jednak pusty, jakby coś w niej zgasło. Zdecydowanie nie dało się nie zauważyć, że coś się zmieniło od ich ostatniego spotkania. Widać było po niej dziwną obojętność. Gdy zapytał, czy może wejść zawahała się przez dłuższą chwilę, co zresztą zauważył, jednak otworzyła w końcu te drzwi na oścież, żeby mógł znaleźć się w środku. Zamknęła za nim drzwi.
Nie odzywała się dłuższą chwilę. Oparła się o drzwi wejściowe i obserwowała jak zmierza w stronę salonu i kanapy. Bywał u niej wiele razy, jednak teraz, pierwszy raz nie wiedziała, jak się zachować. Nie miała pojęcia, co powinna zrobić. Jej życie kilka dni temu rozpadło się na miliony kawałków, trudno jej było o tym mówić. On najwyraźniej nic o tym nie wiedział. Słyszała jego słowa, jednak póki co na nie odpowiedziała. Musiała zebrać się w sobie, jakoś to wszystko ułożyć. Odetchnęła głęboko. Dopiła zawartość kieliszka, który miała w dłoni, po czym ruszyła w stronę salonu, chociaż chwiejnym krokiem skierowała się ku części kuchennej. Wyciągnęła wino i dolała sobie alkoholu do kieliszka. Zdecydowanie nalała zbyt dużo, bo wino wylało się z kieliszka. Upiła więc go trochę, nie przejęła się specjalnie też krwistoczerwoną plamą na blacie.
Spoglądała na mężczyznę, który siedział na kanapie. Starała się jakoś ogarnąć, jednak szło jej to niezbyt dobrze. Skoro wpuściła go do mieszkania musiała mu wyjaśnić to wszystko. Wypadałoby, żeby powiedziała dlaczego zachowuje się w ten sposób. Tylko, czy chciała to zrobić? Tak naprawdę nie rozmawiała jeszcze z nikim o tym, co się wydarzyło. Zamknęła się w tym mieszkaniu i nie dopuszczała do siebie nikogo. Czuła się odpowiedzialna za śmierć siostry, nie opuszczało ją poczucie winy. Wydawało jej się, że nie dostrzegła oznak tego, że to wszystko może potoczyć się właśnie w ten sposób.
Stanley jednak nie był niczemu winny, przyszedł tutaj do niej najwyraźniej zupełnie nieświadomy tego, co ją spotkało. Ruszyła więc w stronę kanapy, na której siedział. W dłoni miała nadal ten kieliszek z winem, którego nie zamierzała prędko odłożyć. Usiadła, póki co bez słowa. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę pustym wzrokiem, aż wreszcie to z siebie wyrzuciła, jednym tchem. - Kordelia nie żyje. - Oczy jej się zaszkliły, mimo, że próbowała nad tym panować. Jak widać zupełnie jej to nie wychodziło.
Przeniosła wzrok na ścianę, która znajdowała się przed nimi i kontynuowała. - Znalazłam ją Stanley. - Pociągnęła łyk wina z kieliszka. - Znalazłam ją w wannie. To nie był wypadek. Ona sama to sobie zrobiła. - Nie dzieliła się jeszcze z nikim tym wszystkim, łzy zaczęły jej płynąć po policzkach. Trudno jej było wydusić z siebie kolejne słowa. - Zabiła się. Ja... jej nie pomogłam. - Głos jej drżał. Można było zauważyć, że czuje się winna. - Nie wiedziałam, że jest taka nieszczęśliwa, musiała być nieszczęśliwa, skoro to zrobiła. Jak bardzo musiała być zdesperowana, że zdecydowała się na coś takiego. Jak mogłam być tak ślepa, że tego nie dostrzegłam? - Zaczęła łkać, bo nie umiała się z tym pogodzić.