06.11.2022, 04:51 ✶
Wieczór był w miarę ciepły, bo odchodzący z każdym kolejnym dniem w niepamięć luty ustępował wiosennemu miesiącowi pozwalając przyrodzie rozwikłać, a słońcu ogrzać skórę dotychczas chowaną pod materiałami płaszczów i rękawiczek.
O wiele prostszym rozwiązaniem byłoby nie pojawienie się na balu, ale Elliott nie zwykł osiadać na laurach, zwłaszcza w tak intensywnych momentach, gdy mógł z zaistniałej sytuacji wycisnąć każdą możliwą kroplę korzyści.
Wszystkie części jego ubioru były czarne, jak wypadało. Pozwolił sobie jedynie na srebrne elementy w postaci przetykanej jaśniejszą nicią chustki w butonierce oraz obwódki guzików. Nigdy nie preferował krzykliwych ubiorów, ale definitywnie wolałby pokazać się w czymś bardziej przykuwającym spojrzenia, świadczącym o jego zainteresowaniu ostatnią modą; miał jednak obowiązek podporządkować się pod kolor żałoby, bo też właśnie taki obraz siebie planował przekazywać wszystkim, łącznie z reporterami. Z tego też powodu pozostawił swoje jasne włosy w większym nieładzie niż zazwyczaj, pozwalając im opadać delikatnie na uszy i zmieniać położenie w zależności od ruchu - zazwyczaj były po prostu przylizane. Jego worki pod oczyma były o wiele bardziej widoczne, bo postanowił odstawić magiczne maści, którymi zazwyczaj się ich pozbywał. Jego odwieczna bezsenność od paru dni dawała mu się we znaki jeszcze bardziej, często nie pozwalając nawet na krótką chwilę wpaść w objęcia Morfeusza. Nie wiedział jak ma się z tym wszystkim czuć, w jakim nastroju powinien być. Zaakceptował racjonalny punkt widzenia siostry i wewnętrznie się z nim zgodził, był potworem, mordercą. Z każdą nieprzespaną nocą czuł ciężar opadający na ramiona coraz mniej, jakby przyzwyczaił się na tyle do odrzucania swoich własnych emocji, chowania ich pod grubym lodem złudzenia, że tajemnica śmierci Simone nie sprawiała mu więcej rozterek. Ale czy na pewno? Czuł, że odczuwane jeszcze niedawno emocje, które doprowadziły go do histerii przed obliczem Eden czają się za którymś winklem i czekają tylko, kiedy będą mogły znów go zaatakować.
- Loretta Lestrange. - zwrócił się do kobiety, gdy jej głos wyciągnął go z rozmyślań i zaraz ujął jej dłoń witając się odpowiednio - Tym razem nie mam ze sobą dokumentów, które mogłyby przy tym ucierpieć - dodał czysto grzecznościowo z cieniem uśmiechu, aby zaraz unieść lekko brwi w bliżej niezidentyfikowanym wyrazie twarzy, gdy kobieta zaczęła kolejną sentencję. Jego jasnoniebieskie oczy pozostały nieodgadnione, acz nie odrywał spojrzenia od twarzy i ust rozmówczyni, gdy ta skrzętnie zmieniła temat po swojej, prawie wtopie. Trudno było stwierdzić czy czekał aż się zająknie, czy po prostu wyczekiwał jakichś kondolencji w sprawie dopiero co zmarłej żonie.
- Nie mam nic przeciwko. - odparł ostatecznie, dość sztywno, acz takie zachowanie było jego codziennością.
Podążył za kobietą w stronę gospodarzy i zaraz dorównał jej kroku, gdy stanęli przed Brenną i Erikiem, na tym drugim Malfoy zawiesił spojrzenie odrobinę dłużej.
- Dziękuję za troskę. Mimo okoliczności, postanowiłem się pojawić. Simone na pewno nie chciałaby, aby zabrakło mnie na balu charytatywnym, z którego fundusze idą na tak chlubne cele. Chociaż to mogę zrobić dla uczczenia jej pamięci. - wytłumaczył po krótce nie chcąc też przeciągać wiedząc, że rodzeństwo musi przywitać każdą jedną osobę przechodzącą przez drzwi frontowe ich rezydencji.
Uśmiechnął się smutno w kierunku Longbottomów, dość delikatnie, co podkreśliło jeszcze bardziej zmęczenie na jego bladej twarzy. Czuł się okropnie, czego też nie bał się pokazywać, bo chociaż inni nie wiedzieli dlaczego aż tak źle się czuł zrucając jego stan na samą śmierć żony, a nie to w jaki sposób umarła i dlaczego, to efekt pozostawał ten sam.
- Trzymam cię za słowo. - odpowiedział Erikowi równie przyciszonym tonem, łapiąc jeszcze na chwilę spojrzenie jego zielonych oczu zanim musiał wejść wgłąb domu.
Skupił się zaraz na swojej aktualnej partnerce.
- Jak widzę przyszłaś bez partnera, coś go zatrzymało? - dopytał, kiedy odeszli wystarczająco daleko od witających wszystkich gospodarzy. Zaraz też spojrzał za siebie wiedząc, że jego młodsza siostra ze swoim mężem podążali zaraz za nimi.
- Eunice, dobrze cię widzieć. Percy, mam nadzieję, ze nie masz zamiaru przemęczać się w tańcu? - uniósł jedną brew, acz mimo pozytywnych słów uśmiech ani razu nie zagościł na jego twarzy, przynajmniej nie taki szeroki, tworzący zmarszczki na policzkach. Dzisiejszego wieczora stawiał na te bardziej przykre, ukrywające się w ciemniejszych barwach niebieskich oczu i kącikach ust.
O wiele prostszym rozwiązaniem byłoby nie pojawienie się na balu, ale Elliott nie zwykł osiadać na laurach, zwłaszcza w tak intensywnych momentach, gdy mógł z zaistniałej sytuacji wycisnąć każdą możliwą kroplę korzyści.
Wszystkie części jego ubioru były czarne, jak wypadało. Pozwolił sobie jedynie na srebrne elementy w postaci przetykanej jaśniejszą nicią chustki w butonierce oraz obwódki guzików. Nigdy nie preferował krzykliwych ubiorów, ale definitywnie wolałby pokazać się w czymś bardziej przykuwającym spojrzenia, świadczącym o jego zainteresowaniu ostatnią modą; miał jednak obowiązek podporządkować się pod kolor żałoby, bo też właśnie taki obraz siebie planował przekazywać wszystkim, łącznie z reporterami. Z tego też powodu pozostawił swoje jasne włosy w większym nieładzie niż zazwyczaj, pozwalając im opadać delikatnie na uszy i zmieniać położenie w zależności od ruchu - zazwyczaj były po prostu przylizane. Jego worki pod oczyma były o wiele bardziej widoczne, bo postanowił odstawić magiczne maści, którymi zazwyczaj się ich pozbywał. Jego odwieczna bezsenność od paru dni dawała mu się we znaki jeszcze bardziej, często nie pozwalając nawet na krótką chwilę wpaść w objęcia Morfeusza. Nie wiedział jak ma się z tym wszystkim czuć, w jakim nastroju powinien być. Zaakceptował racjonalny punkt widzenia siostry i wewnętrznie się z nim zgodził, był potworem, mordercą. Z każdą nieprzespaną nocą czuł ciężar opadający na ramiona coraz mniej, jakby przyzwyczaił się na tyle do odrzucania swoich własnych emocji, chowania ich pod grubym lodem złudzenia, że tajemnica śmierci Simone nie sprawiała mu więcej rozterek. Ale czy na pewno? Czuł, że odczuwane jeszcze niedawno emocje, które doprowadziły go do histerii przed obliczem Eden czają się za którymś winklem i czekają tylko, kiedy będą mogły znów go zaatakować.
- Loretta Lestrange. - zwrócił się do kobiety, gdy jej głos wyciągnął go z rozmyślań i zaraz ujął jej dłoń witając się odpowiednio - Tym razem nie mam ze sobą dokumentów, które mogłyby przy tym ucierpieć - dodał czysto grzecznościowo z cieniem uśmiechu, aby zaraz unieść lekko brwi w bliżej niezidentyfikowanym wyrazie twarzy, gdy kobieta zaczęła kolejną sentencję. Jego jasnoniebieskie oczy pozostały nieodgadnione, acz nie odrywał spojrzenia od twarzy i ust rozmówczyni, gdy ta skrzętnie zmieniła temat po swojej, prawie wtopie. Trudno było stwierdzić czy czekał aż się zająknie, czy po prostu wyczekiwał jakichś kondolencji w sprawie dopiero co zmarłej żonie.
- Nie mam nic przeciwko. - odparł ostatecznie, dość sztywno, acz takie zachowanie było jego codziennością.
Podążył za kobietą w stronę gospodarzy i zaraz dorównał jej kroku, gdy stanęli przed Brenną i Erikiem, na tym drugim Malfoy zawiesił spojrzenie odrobinę dłużej.
- Dziękuję za troskę. Mimo okoliczności, postanowiłem się pojawić. Simone na pewno nie chciałaby, aby zabrakło mnie na balu charytatywnym, z którego fundusze idą na tak chlubne cele. Chociaż to mogę zrobić dla uczczenia jej pamięci. - wytłumaczył po krótce nie chcąc też przeciągać wiedząc, że rodzeństwo musi przywitać każdą jedną osobę przechodzącą przez drzwi frontowe ich rezydencji.
Uśmiechnął się smutno w kierunku Longbottomów, dość delikatnie, co podkreśliło jeszcze bardziej zmęczenie na jego bladej twarzy. Czuł się okropnie, czego też nie bał się pokazywać, bo chociaż inni nie wiedzieli dlaczego aż tak źle się czuł zrucając jego stan na samą śmierć żony, a nie to w jaki sposób umarła i dlaczego, to efekt pozostawał ten sam.
- Trzymam cię za słowo. - odpowiedział Erikowi równie przyciszonym tonem, łapiąc jeszcze na chwilę spojrzenie jego zielonych oczu zanim musiał wejść wgłąb domu.
Skupił się zaraz na swojej aktualnej partnerce.
- Jak widzę przyszłaś bez partnera, coś go zatrzymało? - dopytał, kiedy odeszli wystarczająco daleko od witających wszystkich gospodarzy. Zaraz też spojrzał za siebie wiedząc, że jego młodsza siostra ze swoim mężem podążali zaraz za nimi.
- Eunice, dobrze cię widzieć. Percy, mam nadzieję, ze nie masz zamiaru przemęczać się w tańcu? - uniósł jedną brew, acz mimo pozytywnych słów uśmiech ani razu nie zagościł na jego twarzy, przynajmniej nie taki szeroki, tworzący zmarszczki na policzkach. Dzisiejszego wieczora stawiał na te bardziej przykre, ukrywające się w ciemniejszych barwach niebieskich oczu i kącikach ust.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦