15.08.2023, 11:02 ✶
Było coś prawdziwego w stwierdzeniu, że pierworodni z wyższych sfer uparcie próbowali zadowalać swoich rodziców. Narzucali oni presje, mieli wygórowane oczekiwania, wierząc po cichu, że latorośl wypadnie jeszcze lepiej, będzie godna pozazdroszczenia. Anthony poczuł to dogłębnie, niezadowolenie Bartholomeusa zostawiało na nim trwały ślad, nie tylko w postaci wspomnień, ale również blizn. Niezbyt dużych, traktowanych maścią, ale nigdy nie zdecydował się na zabieg magiczny, który polegał na trwałym ich usunięciu. Chciał pamiętać. Teraz natomiast, gdy stary wąchał kwiaty w bezpiecznym dole, jakieś sześć metrów pod warstwą ziemi i marmurowym pomnikiem, chciał imponować i sprawiać radość Stanleyowi, który był dla niej bardziej, jak prawdziwy ojciec, niż kuzyn i brat, pomimo małej różnicy wieku. W przeciwieństwie do czarnowłosej dziewczyny on nie popadł jeszcze w skrajności, wciąż kochał życie i dobrą zabawę, szczególnie gdy obejmowała łamanie zasad. Adrenalina była mu potrzebna równie mocno, co nikotyna rozchodząca się po płucach z każdym pociągnięciem papierosa. Dużo palił. Tytoń pachniał ładnie, nie śmierdziały mu też dłonie czy ubrania, jak miało to miejsce w przypadku mugolskich fajek, z którymi kiedyś miał styczność, jeszcze w szkole. Były mocne, ale to była ich jedyna zaleta. Czy był niewystarczający? Pewnie tak, ale starszy Borgin nigdy nie dał mu tego tak dogłębnie odczuć, więc nie przejmował się aż tak.
Brzydził się szlamami, chociaż w sprawy związane z Czarnym Panem zaangażowano go dopiero niedawno i wciąż poznawał zasady działania tego wspaniałego półświatka, który kierował się tak ważnymi zasadami. Na cholerę trzymali ustawę tajności, pozwalając mugolom zdobyć taką przewagę liczebną oraz terytorialną? Nie rozumiał wcale. W przypadku bycia Śmierciożercą chciał się wykazać równie mocno, co dla rodziny Borginów, na której czele miał kiedyś stanąć. Nigdy się do tego nie pchał, ale taka była kolej rzeczy i nawet marudzenie Staśkowi nie sprawiło, że on chciałby się tym zająć. Anthony w całym swoim wewnętrznym burdelu, był słowny i lojalny. Jeśli dostawał rozkazy, spełniał je, czasem okraszając nutą niezadowolenia lub drobnym marudzeniem. Niewiele było rzeczy, których nie zrobiłby z polecenia Voldemorta i większość, jeśli nie wszystkie z nich dotyczyły najbliższych członków jego rodziny. Całe szczęścia, ta również należała do tego najlepszego grona w skorowidzu i nie musiał się obawiać o poglądy kuzynów lub swojego mentora. Los pod tym względem mu sprzyjał.
Nie było rzeczy niewłaściwych i nieodpowiednich w oczach Tośka, tylko takie, które się chciało mocno lub nie chciało się wcale, okazjonalnie pojawiało się coś pomiędzy co mogło wzbudzić niezdecydowanie. Nie myślał o konsekwencjach w sprawach błahych, codziennych, bo szkoda było na to czasu. To było tylko sprawą panienki Black, czy miała ochotę błyszczeć niczym czarny diament wśród nijakiego spędu na przyjęciu, czy też chciała odetchnąć rześkim, zimowym powietrzem. Pomimo chłodu, branie głębokiego oddechu było znacznie przyjemniejsze, niż podczas upalnego lata lub wilgotnej jesienie. Otrzeźwiało, pomagało skupić się na jednej, konkretnej myśli, wśród setek kołyszących się leniwie i próbujących wepchnąć na pierwszy plan.
Rozmowa przy rodzicach lub świadkach musiałaby być formalna, paskudnie nudna i oczywista. Wymieniliby grzeczności, porozmawiali o pogodzie, być może nawet poruszyli śliski grunt spraw politycznych tego kraju, ale nie dowiedziałby się o niej niczego istotnego. Nie mógłby stwierdzić, czy Bellatrix była jednostką piękną zewnętrznie, jak i wewnętrznie, wartą jego uwagi oraz atencji. Czy mogłaby zrozumieć ciemny punkt w jego oczach, który krył się za wciąż chłopięcymi, łobuzerskimi iskierkami? Na szczęście Borgin nie należał do nieśmiałych, owijających w bawełnę chłopców, który tylko udawali bycie prawdziwym mężczyzną, chowając się za pustymi słowami i obietnicami. Określiłby się mianem konkretnego, rzeczowego nawet na tej płaszczyźnie, więc gdy coś mówił lub oznajmiał, obiecywał, to po prostu to robił. Uśmiechnął się na jej słowa pogodnie, co w ich kontekście mogło wydawać się odrobinę niewłaściwe.
- Liczyć na to, że wśród kruchych kulek szczęścia znajdzie się takie, które będzie odporne na rozbicie i zagości w mojej codzienności na dłużej. Tak. - przytaknął ze wzruszeniem ramion, kolejny raz pozbywając się żaru z tlącego się leniwie papierosa. Lubił sprawdzać, a jeszcze bardziej lubił mieć wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze. Był trochę zachłannym egoistą, ale nigdy temu nie zaprzeczał, jeśli ktoś pytał. W jakiś sposób chciwość od zawsze wpisywana była w zawód komornika. Nie patrzył na nią z góry, chociaż górował nad drobną, filigranową sylwetką czarownicy. Wydawała się taka krucha i drobna, przynajmniej dopóki nie spojrzało się jej w oczy. Odwzajemniał jej spojrzenie. Kolejne słowa sprawiły, że Tony złapał się dramatycznie za pierś, rozchylając usta i kręcąc głową z udawanym oburzeniem, jakby obraziła go najbardziej na świecie.
- No wiesz, ranisz moje delikatne serduszko. I teraz pęknie, a Ty będziesz odpowiedzialna za jego strzaskanie. A taki jestem przecież niewinny i uroczy. - oznajmił z odrobiną tonu, którego używał w pracy. Był to głos stanowczy oraz pewny siebie, trochę okraszony oskarżycielską nutą, chociaż główną stanowiła dominacja oraz potrzeba kontroli. Bardzo lubił decydować, ale z drugiej strony, charakter miał odpowiedni do pozycji, którą pełnił — z całą tą charyzmą i ujmującym ponoć stylem bycia. Koleżanki nie narzekały. - Czy rzuca mi Pani rękawice?
Zapytał z uniesioną brwią, drobnym rozbawieniem, które zaraz przerodziło w czysty i melodyjny śmiech, jednak nie był on w żaden sposób kpiący. Wskazywał raczej na to, że wyzwanie mu się podobało. Nigdy się nie krył z tym, z jakiej rodziny się wywodził. Był z tego bardzo dumny. Sygnet był więc nieodłącznym elementem jego prezencji, dziedziczony po ojcu. Niewiele dobrych rzeczy mu zostawił, poza błyskotką i talentem do uroków i mamienia lub też wdzierania się do głowy.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - odparł niczym żołnierz na jej słowa, chwilę później się przedstawiając w sposób adekwatny do jej osoby i pozycji społecznej, wkładając w swoje spojrzenie więcej uroku, niż być może powinien. Była intrygująca, rzucała mu śmiałe sugestie, pozbawiając się tej całej oklepanej nieśmiałości i skromności, jak większość czarownic to robiła. Grały takie niedostępne przyzwoitki, wierząc, że stanowią wyzwanie. Bujda. Raz jeszcze przesunął palcami po jej dłoni, ciepłym oddechem omiótł skórę po zewnętrznej stronie, nawet nie mrugając. Uśmiechnęła się naprawdę ślicznie, nie chciał tego przegapić. Wyprostował się powolnie, niechętnie wypuszczając jej palce, aby dokończyć papierosa. Robił to w pośpiechu, o czym świadczyły często wydobywające się spomiędzy warg kłęby dymu. Chciała zabawy, nie ma problemu.
- Panno Black, robi się już chłodno. Nie mogę pozwolić, aby złapało Cię przeziębienie. - zauważył troskliwie z uprzejmością godną najmilszego gentlemana w Anglii, chociaż w oczach miał niebezpieczne iskierki. Podstawowym zadaniem dzisiejszego przyjęcia okazało się niezrobienie wrażenia i zyskanie koneksji, a sprawienie, że Anthony Borgin znajdzie się w głowie Bellatrix Black na tyle, aby faktycznie przeszli do zabawy. - Wróć do swoich rodziców, spotkamy się za trzy minuty.
Oznajmił, puszczając jej oczko. Delikatnie zgarnął z jej pleców marynarkę, nie pozbywając się okazji do dotknięcia jej skóry, a potem odwrócił się i wrócił na przyjęcie, znikając w tłumie. Czas na realizację planu.
Brzydził się szlamami, chociaż w sprawy związane z Czarnym Panem zaangażowano go dopiero niedawno i wciąż poznawał zasady działania tego wspaniałego półświatka, który kierował się tak ważnymi zasadami. Na cholerę trzymali ustawę tajności, pozwalając mugolom zdobyć taką przewagę liczebną oraz terytorialną? Nie rozumiał wcale. W przypadku bycia Śmierciożercą chciał się wykazać równie mocno, co dla rodziny Borginów, na której czele miał kiedyś stanąć. Nigdy się do tego nie pchał, ale taka była kolej rzeczy i nawet marudzenie Staśkowi nie sprawiło, że on chciałby się tym zająć. Anthony w całym swoim wewnętrznym burdelu, był słowny i lojalny. Jeśli dostawał rozkazy, spełniał je, czasem okraszając nutą niezadowolenia lub drobnym marudzeniem. Niewiele było rzeczy, których nie zrobiłby z polecenia Voldemorta i większość, jeśli nie wszystkie z nich dotyczyły najbliższych członków jego rodziny. Całe szczęścia, ta również należała do tego najlepszego grona w skorowidzu i nie musiał się obawiać o poglądy kuzynów lub swojego mentora. Los pod tym względem mu sprzyjał.
Nie było rzeczy niewłaściwych i nieodpowiednich w oczach Tośka, tylko takie, które się chciało mocno lub nie chciało się wcale, okazjonalnie pojawiało się coś pomiędzy co mogło wzbudzić niezdecydowanie. Nie myślał o konsekwencjach w sprawach błahych, codziennych, bo szkoda było na to czasu. To było tylko sprawą panienki Black, czy miała ochotę błyszczeć niczym czarny diament wśród nijakiego spędu na przyjęciu, czy też chciała odetchnąć rześkim, zimowym powietrzem. Pomimo chłodu, branie głębokiego oddechu było znacznie przyjemniejsze, niż podczas upalnego lata lub wilgotnej jesienie. Otrzeźwiało, pomagało skupić się na jednej, konkretnej myśli, wśród setek kołyszących się leniwie i próbujących wepchnąć na pierwszy plan.
Rozmowa przy rodzicach lub świadkach musiałaby być formalna, paskudnie nudna i oczywista. Wymieniliby grzeczności, porozmawiali o pogodzie, być może nawet poruszyli śliski grunt spraw politycznych tego kraju, ale nie dowiedziałby się o niej niczego istotnego. Nie mógłby stwierdzić, czy Bellatrix była jednostką piękną zewnętrznie, jak i wewnętrznie, wartą jego uwagi oraz atencji. Czy mogłaby zrozumieć ciemny punkt w jego oczach, który krył się za wciąż chłopięcymi, łobuzerskimi iskierkami? Na szczęście Borgin nie należał do nieśmiałych, owijających w bawełnę chłopców, który tylko udawali bycie prawdziwym mężczyzną, chowając się za pustymi słowami i obietnicami. Określiłby się mianem konkretnego, rzeczowego nawet na tej płaszczyźnie, więc gdy coś mówił lub oznajmiał, obiecywał, to po prostu to robił. Uśmiechnął się na jej słowa pogodnie, co w ich kontekście mogło wydawać się odrobinę niewłaściwe.
- Liczyć na to, że wśród kruchych kulek szczęścia znajdzie się takie, które będzie odporne na rozbicie i zagości w mojej codzienności na dłużej. Tak. - przytaknął ze wzruszeniem ramion, kolejny raz pozbywając się żaru z tlącego się leniwie papierosa. Lubił sprawdzać, a jeszcze bardziej lubił mieć wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze. Był trochę zachłannym egoistą, ale nigdy temu nie zaprzeczał, jeśli ktoś pytał. W jakiś sposób chciwość od zawsze wpisywana była w zawód komornika. Nie patrzył na nią z góry, chociaż górował nad drobną, filigranową sylwetką czarownicy. Wydawała się taka krucha i drobna, przynajmniej dopóki nie spojrzało się jej w oczy. Odwzajemniał jej spojrzenie. Kolejne słowa sprawiły, że Tony złapał się dramatycznie za pierś, rozchylając usta i kręcąc głową z udawanym oburzeniem, jakby obraziła go najbardziej na świecie.
- No wiesz, ranisz moje delikatne serduszko. I teraz pęknie, a Ty będziesz odpowiedzialna za jego strzaskanie. A taki jestem przecież niewinny i uroczy. - oznajmił z odrobiną tonu, którego używał w pracy. Był to głos stanowczy oraz pewny siebie, trochę okraszony oskarżycielską nutą, chociaż główną stanowiła dominacja oraz potrzeba kontroli. Bardzo lubił decydować, ale z drugiej strony, charakter miał odpowiedni do pozycji, którą pełnił — z całą tą charyzmą i ujmującym ponoć stylem bycia. Koleżanki nie narzekały. - Czy rzuca mi Pani rękawice?
Zapytał z uniesioną brwią, drobnym rozbawieniem, które zaraz przerodziło w czysty i melodyjny śmiech, jednak nie był on w żaden sposób kpiący. Wskazywał raczej na to, że wyzwanie mu się podobało. Nigdy się nie krył z tym, z jakiej rodziny się wywodził. Był z tego bardzo dumny. Sygnet był więc nieodłącznym elementem jego prezencji, dziedziczony po ojcu. Niewiele dobrych rzeczy mu zostawił, poza błyskotką i talentem do uroków i mamienia lub też wdzierania się do głowy.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - odparł niczym żołnierz na jej słowa, chwilę później się przedstawiając w sposób adekwatny do jej osoby i pozycji społecznej, wkładając w swoje spojrzenie więcej uroku, niż być może powinien. Była intrygująca, rzucała mu śmiałe sugestie, pozbawiając się tej całej oklepanej nieśmiałości i skromności, jak większość czarownic to robiła. Grały takie niedostępne przyzwoitki, wierząc, że stanowią wyzwanie. Bujda. Raz jeszcze przesunął palcami po jej dłoni, ciepłym oddechem omiótł skórę po zewnętrznej stronie, nawet nie mrugając. Uśmiechnęła się naprawdę ślicznie, nie chciał tego przegapić. Wyprostował się powolnie, niechętnie wypuszczając jej palce, aby dokończyć papierosa. Robił to w pośpiechu, o czym świadczyły często wydobywające się spomiędzy warg kłęby dymu. Chciała zabawy, nie ma problemu.
- Panno Black, robi się już chłodno. Nie mogę pozwolić, aby złapało Cię przeziębienie. - zauważył troskliwie z uprzejmością godną najmilszego gentlemana w Anglii, chociaż w oczach miał niebezpieczne iskierki. Podstawowym zadaniem dzisiejszego przyjęcia okazało się niezrobienie wrażenia i zyskanie koneksji, a sprawienie, że Anthony Borgin znajdzie się w głowie Bellatrix Black na tyle, aby faktycznie przeszli do zabawy. - Wróć do swoich rodziców, spotkamy się za trzy minuty.
Oznajmił, puszczając jej oczko. Delikatnie zgarnął z jej pleców marynarkę, nie pozbywając się okazji do dotknięcia jej skóry, a potem odwrócił się i wrócił na przyjęcie, znikając w tłumie. Czas na realizację planu.