Bolało. Tak strasznie bolało, a on był taki przerażony. Nie chcę umierać. Może to życie nie było fair, może wiele brakowało do tego, żeby się nim cieszyć. Może za mało było miłości, radości, odliczanie dnia do każdej nocy, żeby w końcu zasnąć. Zapomnieć. Nie, to nie była radość. Ale przecież nie jest aż tak byle jak, prawda? Na końcu zawsze pojawiały się gwiazdy, a nawet gdy kryły się za deszczowymi chmurami to gdzieś tam człowiek wiedział - one w końcu się pokażą. Wyjdą. Jak nieśmiałe dziewczynki schowane za szerokimi spódnicami swoich matek. W tym życiu nadal było na co patrzeć. Zawsze była nadzieja, bo przecież to matka głupich. Ale każda matka kocha swoje dziecko. Myśląc o śmierci łatwo było zapomnieć, że zbyt łatwo dotykała wszystkich. I że dotyczyła także nas, nie tylko tego Thomasa z naprzeciwka, który stracił żonę w tragedii.
Anioł bez skrzydeł przygnieciony przez ziemską grawitację. Widział w półcieniach kończącego się, letniego dnia drobną sylwetkę, która prawie biegiem do niego dobiegła. Pomóż mi... Myślał, ale chyba przez wargi nie był w stanie wydobyć z siebie niczego więcej poza lękiem. Nie poczuł nawet, że coś się porusza, że to gruzowisko zostało usunięte. Jedyne co poczuł to lekkość. Umieram? Nie chciałeś umierać. Nie, naprawdę nie chciałeś. Mała walka została wygrana, bo poruszyłeś w końcu ręką i spróbowałeś się podciągnąć, trzęsąc jak galareta. Słowa wypowiadane przez nieznajomą docierały do niego z hukiem w głowie, z opóźnieniem. Niewyraźne, rozmyte. Nie, to chyba nie śmierć. To chyba naprawdę walka. Tak, nie zasypiać. Skupić się. Skupić... Tylko jak się skupić, kiedy to tak boli.
Poruszył palcami, żeby przywołać do siebie różdżkę, jeśli w ogóle się gdziekolwiek tutaj znajdowała. Gdzieś na pewno. Szukał jej. Chciał, żeby do niego powróciła - swojego właściciela. Kobietka obok niego, może dziewczyna, nie wiedział, trajkotała. I nie to, że chciał ją ignorować. Jego skupienie rozpadało się co chwilę, roztrzęsiony, wraz z każdym ukłuciem bólu. Ten zaś był wszechogarniający.
- P-Prewett. La-uren...t... - Wydusił z siebie rozkołatanym głosem, spoglądając teraz z pozycji leżącej na swoją wybawczynię. Tak, wybawczynię. Powoli zaczynał czuć swoje ciało i po pierwszym szoku bodźce, słowa i pytania zaczęły wpełzać do jego głowy. Zamrugał parę razy, krople łez starły odrobinę krwi i brudu z jego policzków, kiedy kobietka zamachała swoją ręką i pokazała mu palce pytając o ich ilość. - M-Mung. Flo... Florence... Bulstro...ode. - Tak, to była pierwsza osoba, o której w ogóle pomyślał jeśli chodzi o zawiadamianie. Do Munga łatwo się było dostać zewsząd. - N-nie... nie wiem... - Zatrząsł się znowu, czując narastającą panikę. Chciał wstać. Powinien? Patrzył na Elaine, nieznajomego anioła, który spłynął z barwnego nieba na to zadupie i wyciągnął do niego swoje dłonie, jakby to od niej oczekiwał odpowiedzi. Bo nie wiedział, co ma robić. Niestety - ona też nie wiedziała. Laurent był przerażony i to było po nim widać. Przekręcił się na bok i zaczął próbować się podnosić. Świat był miękki. Wirował wokół niego, kiedy podparty na przedramieniu zaczął wstawać. Adrenalina robiła swoje. Pozwalała wykraczać poza to, co dokonalibyśmy w normalnych warunkach. Nawet nie wiedział, czy ma coś złamanego czy nie. Jego ciało było jak z waty, a ból skupiony w głowie pozwalał na ignorowanie obrażeń ciała. Tak, adrenalina była tym eliksirem, który był tu potrzebny.