Bellatrix tak naprawdę nigdy nie poznała rozczarowania swoich rodziców. Zawsze starała się być idealna, nie pozwalała sobie nawet na moment niesubordynacji. Spełniała ich wygórowane oczekiwania bez mniejszego problemu, tyle, że była przez to mocno sztywna. Mogła wydawać się osobą, która miała kij w tylnej części ciała, zresztą słusznie. Była przekonana o swojej świetności, jedynie czasami, kiedy nikt nie patrzył pozwalała sobie na nieco rozluźnienia. Mało kto jednak znał ją z tej strony, nieliczni, przed którymi nie bała się demonstrować swojej prawdziwej twarzy.
Nie miała z tym problemu, przywykła do takiej kolei rzeczy, zresztą została wychowana właśnie w ten sposób, dzięki czemu potrafiła się zachować w każdej sytuacji. Była dumna ze swojego pochodzenia, chciała przynieść chlubę swojej rodzinie, czasem jednak brakowało jej dreszczyku emocji. Lubiła czuć adrenalinę, niebezpieczeństwo. Dostrzegła to wtedy, gdy zaczęła angażować się w działania związane ze służbą Czarnemu Panu. Nie spodziewała się nawet wcześniej, że może dać jej to tyle przyjemności. Gdzieś w środku jednak, bardzo głęboko siedziało w niej coś, co powodowało, że czasem traciła nad sobą panowanie, szczególnie w towarzystwie tych plugawych czarodziejów, wtedy uwielbiała czuć władzę, pokazywać swoją siłę. Lata nauki nie poszły na marne, miała świadomość, że jej zdolności są unikatowe jak na jej młody wiek, przynajmniej te na których jej zależało. Chętnie z nich korzystała, aby udowodnić swoją siłę. Mało kto się spodziewał, że w tym drobnym ciele może istnieć taka moc. To też ją cieszyło, uwielbiała zadziwiać, podobał się jej ten element zaskoczenia.
Black nie miała problemu z wypełnianiem rozkazów. Od lat w końcu się dostosowywała. Nie było dla niej różnicy, czy spełniała oczekiwania rodziców, czy Czarnego Pana. Właściwie, to nawet większą przyjemność sprawiało jej podążanie za Voldemortem. Wierzyła w ideę. Czuła, że niedługo przejmą władzę nad światem. Czarny Pan na pewno będzie pamiętał, kto był z nim od samego początku, kto służył mu, kiedy niewielu wierzyło w jego siłę. Była dumna z tego, że jej rodzina zaoferowała mu wsparcie, zresztą jak kilka innych, równie posłusznych, tych którzy wierzyli w tradycję.
Uważała, że szczególnie młodzi czarodzieje powinni angażować się w sprawę. W końcu to oni byli przyszłością tego świata, w nich była siła i nadzieja na lepsze jutro. Miała świadomość, że wielu jej przyjaciół również stanie w szeregach, co ją cieszyło. Dobrze było wiedzieć, że mają wspólny cel, wierzyła, że uda im się go osiągnąć.
Nie miała w życiu wielu przyjemności, poza tymi związanymi ze służbą, czy to rodzinie, czy Czarnemu Panu. W zasadzie zawsze starała się jedynie imponować innym. Dzisiaj, pierwszy raz od dawna, poczuła, że chce zrobić coś również dla siebie. Ona także powinna mieć coś z życia. Dlatego też postanowiła pozwolić Borginowi wciągnąć ją w tę grę.
Miał coś w tych ciemnych oczach, co zadecydowało o tym, że podjęła taką, a nie inną decyzję. Konsekwencje? Jeśli jakieś się pojawią, to się z nimi zmierzy. Na pewno jednak postara się o to, żeby nikt się o tym nie dowiedział. To ułatwiłoby sprawę i ewentualne skutki. Zresztą póki co nie robiła przecież nic złego. Gawędziła tu sobie jedynie z tym młodzieńcem, chociaż w głębi duszy czuła, że może ją sprowadzić na manowce. Może nawet jej się to spodobało, było to dla niej bowiem coś zupełnie nowego.
Podobała się jej jego bezpośredniość. Nie bał się mówić o tym, czego chciał. Spodziewała się, że nie tylko mówił. Wyglądał jej na takie, co nie miał problemu z tym, żeby osiągnąć, lub posiadać, to, o czym tylko pragnął. - To ma sens, większy. Jak mniemam jeszcze nie znalazłeś takiego szczęścia, którego byś nie zniszczył, skoro nadal szukasz. - Stwierdziła fakt, który jej się nasunął na myśl po jego słowach.
- Uroczy, tak, tego nie można ci odmówić. - Nadal nie odrywała spojrzenia od jego twarzy. Nie uciekała wzrokiem, kiedy dzieliła się tym, co myślała. Chciała, żeby wiedział, że wzbudził jej zainteresowanie i może nawet podobało się jej to, w jaki sposób z nią tutaj rozmawiał. Były pewne niedopowiedzenia, które powodowały, że mogli dowolnie interpretować swoje słowa. Miała jednak wrażenie, że doskonale radzą sobie z czytaniem między wierszami. - Nie pozwoliłabym, aby to biedne serduszko się roztrzaskało, nie jestem, aż taka brutalna. Nie ranię niewinnych chłopców. - Powiedziała z udawaną troską. Mógł to wyczuć, bez mniejszego problemu. Jakby się naprawdę przejęła tym, że jej słowa mogłyby go zranić.
- Jak najbardziej. Rzucam. - W jej oczach ponownie pojawił się błysk. Lubiła wyzwania, przepadała również za wygrywaniem, także na pewno odpowiednio zaangażuje się w sprawę, żeby i tutaj pokonać swojego przeciwnika. Miała jednak wrażenie, że wcale nie będzie to takie łatwe, co tylko jeszcze bardziej zachęcało ją do wzięcia udziału w tej zabawie. W końcu większą przyjemność będzie miała, jeśli wygra z kimś, kto był bardziej doświadczony, takie zwycięstwa smakowały najbardziej. Zabawne było to, że nawet przez moment nie przyszło jej na myśl to, że to ona może przegrać, że to nie ona będzie osobą, która zaciśnie szczęście w pięści, jako pierwsza.
- Podoba mi się to, że usłyszawszy życzenie, nie uciekasz. - Postanowiła jeszcze się z nim tym podzielić. Wtedy ponownie dotknął palcami jej dłoni. Drgnęła nieznacznie, gdy poczuła jego ciepły oddech na jej wnętrzu. Czuła dziwne napięcie, kiedy stał blisko i niepokój, i bardzo jej się to podobało. Nie ukrywała nawet tego specjalnie. Niech wie, ma świadomość, że naprawdę ją zaintrygował.
- Och, przy tym wszystkim taki opiekuńczy... - Powiedziała rozbawiona, chociaż miała wrażenie, że zabawa miała się dopiero zacząć. Nie zamierzała więc zostać na balkonie. Szczególnie, że wspomniał o tym, aby wróciła do rodziców. Zastanawiała się, co wymyślił, jeszcze chwila i pewnie się tego dowie. Bez słowa, bez żadnych zbędnych komentarzy powolnym krokiem ruszyła w stronę drzwi balkonowych. Policzki zrobiły jej się różane od zimna, chociaż gdzieś w głębi ciała czuła żar, który zaczął ją palić przed chwilą.
Odwróciła się jeszcze nim zniknęła wewnątrz. Nie umknęło jej ciepło jego dotyku, kiedy zabierał swoją marynarkę. Posłała mu jeszcze przeszywające spojrzenie, jakby próbowała odgadnąć jakie myśli przed nią ukrywa, po czym zniknęła w tłumie. Dostrzegła swoich rodziców, do których dołączyła, tak jak chciał. Pozostawało poczekać, te trzy minuty, które teraz dłużyły jej się okropnie.