Widziała, że krzywił się z bólu i w sumie mu się nie dziwiła. Został przygnieciony przez deski i jeszcze nie wiadomo, co ci nicponie mu zrobili. Panikowała, a to było naprawdę nie na miejscu, naprawdę nie powinna teraz panikować. Podniosła się odsuwając od niego i potrząsnęła kilka razy dłońmi oddychając głęboko. Mówiła do siebie, aby była spokojna, trzeźwa i nie panikowała. Nie pomoże mu jeśli się bardziej zdenerwuje. Miała ochotę rozszarpać tamtych chłopaków, miała ochotę rozszarpać każdą niesprawiedliwość na świecie, ale nie mogła tego robić. Zamknęła oczy na chwilę oddychając spokojnie świeżym powietrzem. Wróciła do poturbowanego chłopca, małego aniołka, któremu ktoś chciał odciąć skrzydła. Naprawimy jego skrzydła. Na pewno się uda. Nazywała się Elaine Bell i nie było dla niej rzeczy niemożliwych.
Elaine wiedziała jak czerpać z życia, jak się nie załamywać, jak ignorować ból serca i niesprawiedliwości świata. Chciała mu pomóc się podnieść, godnie doczłapać do pociągu i godnie odstawić pod Mungo. Musiał być cały, a Elaine nie zamierzała go tu porzucać. Musiała tylko opanować swoje emocje. Dobrze, że przed podróżą wypiła eliksir uspokajający. Było znacznie lepiej się opanować w takich sytuacjach. Widząc, że otwiera oczy, że kontaktuje poczuła ulgę. Nie umierał. Wręcz próbował żyć, więc to był ogromny plus tej sytuacji.
– Poczekaj tu, Laurent – szepnęła czując, że było to totalnie głupie stwierdzenie, ale była mocno zdenerwowana; otarła delikatnie jego policzki z łez i krwi. Ręce jej drżały niemiłosiernie, a w głowie trwała jedna myśl, nie denerwować się, być oazą spokoju, która uspokoi nawet największego nerwusa na świecie. Podniosła się i pobiegła po swój koszyk ignorując wysypane warzywa, wróciła do niego równie szybko jak zniknęła. – Nie ruszaj się, zaraz to ogarniemy. Ważne, że mówisz i wiesz kim jesteś, t-to ważne, bardzo ważne – mówiła drżącym głosem. Wyjęła butelkę z wodą i duży kawałek materiału, który miał służyć do uszycia nowych kostiumów. Oblała materiał wodą i zaczęła okładać jego twarz i czyścić ją z kurzu oraz krwi. Otarła też jego ranę z tyłu głowy krzywiąc się z bólu jakby sama czuła jego cierpienie. Przyłożyła materiał w to miejsce, aby krew w niego wsiąkła. To samo zrobiła z ramieniem, ale tam koślawo to zawiązała. – Nie będę próbowała cię leczyć, bo nie jestem uzdrowicielką – szepnęła i gdy chłopiec był już w miarę ogarnięty spróbowała mu pomóc się podnieść. – Tylko nie zamykaj oczu, musisz być przytomny. Nazywam się Elaine Bell, powtórz proszę moje imię – wydała mu polecenie, aby sprawdzić, czy nadal tu jest, czy nie odleciał. Nie poradzi sobie sama, potrzebowała innych osób. Oparła go o ścianę i spojrzała mu w oczy. – Co jeszcze cię boli? – zapytała, a potem sięgnęła do swojego koszyka, wyjęła mały pojemnik z ciastkami i podała mu jedno. – Zjedz, doda ci trochę sił – podała też mu butelkę z wodą – tym popij – usiadła na piętach patrząc na niego z wyczekiwaniem. Nie chciała go jeszcze podnosić, bo bała się, że to za szybko.