Kim jest nieznajomy? Co znaczy w twoim życiu? Czy mijany przypadkowo blondyn na ulicy może się zmienić w kogoś, kto je odmieni? Kiedy człowiek przestaje być tym nieznajomym i zmienia się na znajomego? Czy ktoś posiadał do tego listę, którą należy wykreślać? Albo trzeba tylko spełnić określone warunki, żeby już mówić o tym, że się znacie? Nieznajomi otaczali nas w ilości większej niż osoby bliskie, a jednak to nie ta ilość przykuwała naszą uwagę. Jak to się stało, że wśród tych nieznajomości nie tonęliśmy, tylko przemieszczaliśmy się sprawnie jak łódź przez fale. Kiedy nauczyliśmy się wybierać ludzi, by wynosić ich z tego tłumu i jak byli dobierani. Co było schematem, co było wyjątkiem. Laurent nie znał odpowiedzi na te pytania. Zapełniały przestrzeń między nim i wszystkimi nieznanymi mu osobami, których twarzy nie był w stanie nawet zapamiętać. Wiedział jednak jedno - kiedy już znałeś czyjeś imię i nazwisko to stawał się jakby... bardziej znajomy. Jakby te dwa słowa tworzyły osobę, stanowiły czar, jaki rzucało się na kogoś, z kim dopiero się zetknąłeś.
Takim sposobem Laurent Prewett poznał Elaine Bell.
Była mu zupełnie nieznajoma, ale teraz swoim mętnym wzrokiem dostrzegał tylko ją - tancereczkę, akrobatkę, która nie miała wielu talentów, by talentem nadrabiać w innych miejscach. Zupełnie przypadkowa znajomość, która nawet nie wiedział, jak blisko była życia, które chciał pogrzebać sześć stóp pod ziemią za swoimi plecami. I Elaine też nie zdawała sobie z tego sprawy. Ufała w końcu komuś, kto kiedyś był ostatnią osobą, jakiej można było zaufać. A jednak Laurent jemu też zaufał. Dziś zaś zaufał jej. Podniósł się do pozycji siedzącej, ale musiał się podeprzeć. Było mu słabo i wręcz przelewał się przez ręce, niezdolny do utrzymania swojego ciała. Chciał pokiwać głową, potwierdzić, że dobrze, że zaczeka. Będzie grzeczny. Zrobiłby teraz chyba prawie wszystko, co piękna Elaine mu proponowała. Albo nakazywała. To nie było proste - kiedy ktoś opierał na tobie swoje "być albo nie być". Nagle trzeba stać się osobą odpowiedzialną, bo od ciebie tyle zależało. Nagle trzeba było się spiąć, zebrać. Przemówić samemu sobie do rozsądku, że czas, żeby o kogoś zadbać, skoro dbali o ciebie. Albo nawet i nie - po prostu być człowiekiem. Pomóc komuś w potrzebie.
- Nie zostawiaj mnie... - Nie było to godne, nie było to dumne, ale jak kobieta odeszła to Laurent naprawdę się przeraził, że po prostu ucieknie. Że nie będzie chciała brać na siebie odpowiedzialności i ciężaru, jakim był. Bo nie musiała. Wyciągnął za nią rękę, chciał ją złapać, ale nawet dobrze tej ręki nie podniósł z ziemi, bo błędnik mu oszalał i prawie znowu pocałował nosem podłogę. Musiał się podeprzeć znowu. - T-tak. - Potwierdził, trzymając oczy półprzymknięte. Dziwne, bo czuł się zmęczony. Ubytek krwi na ten moment nie był zagrażający życiu, ale zdecydowanie było to coś, co potrzebowało opieki medyka. Bo ta krew płynęła. Laurentowi było niedobrze. Chyba zamykanie oczu było kiepskim pomysłem. Podniósł głowę, żeby spojrzeć na swoją wybawicielkę. - Elaine. B-bell. - Powtórzył trochę składniej, co w zasadzie było dobrym symptomem. Pierwszy szok mijał i jego sprawność też powoli wracała na miejsce. A przynajmniej na tyle, żeby rzeczywiście świat przestał całkowicie wirować. W taki sposób mógł zobaczyć w pełni twarz pani Bell. - Nie... nie... nie jestem... nie wiem..? - Chciał powiedzieć, że nie jest pewny. Ach, kobiece dłonie na jego twarzy - powinien się do tego przyzwyczaić. Może było w tym nawet coś tragicznego, że tak regularnie sprawdzano, czy z jego twarzyczką jest wszystko okej, jakby była jedynym, co miał do zaoferowania. To nie było prawdą. Ale umysł potrafił błądzić po najbardziej zwichrowanych drogach.
Przyjął grzecznie ciastko i ostrożnie przysunął je do swoich ust, żeby ugryźć. Trzęsły mu się ręce jakby były z galarety. Widać było, że nadal do końca nie wiedział, co się właśnie wydarzyło, a im bardziej się uspakajał tym bardziej go wszystko bolało. Starał się opanować. Już po kilku gryzach poczuł się... rzeczywiście poczuł się trochę lepiej. Nie to, że przestało boleć. Ale czuł, że... jest w stanie wstać. Wypił z wdzięcznością wodę, przepłukując usta. Normalnie bardzo doceniłby ten łakoć, który dostał. Tylko warunki były niesprzyjające.
- Dziękuję... Chyba... chyba dam radę wstać.