Rozglądała się nieznacznie, chcąc zapoznać się z otoczeniem, choć jego szczegóły nie były dlań aż tak dobrze widoczne, jakby to było w świetle dnia. Dostrzegła jednak jakiś stolik czy stół, coś tam na nim stało, widziała też chyba jakieś grube tomiszcze i cieniutkie wydania jakichś magazynów. Widziała też grządkę, przy której Stanley kontemplował coś, nim z Saurielem tutaj przyszli.
Najpierw Sauriel coś na głos o tych ograch, potem coś o ojcu. Potem nagle przyszło mu do głowy, że się mogli… nie wiem. Spotykać? Jeszcze nie widziała u Rookwooda takich reakcji, nie widziała, żeby był taki terytorialny – ale też nie dawała mu w ogóle do tego powodu.
- Znamy się z pracy, nie z żadnych randek – wyjaśniła wampirowi grzecznie, nie miał się o co martwić, ani co napinać, zresztą była oznakowana pierścionkiem, co już na start odstraszało połowę chętnych. Drugą połowę odstraszał zapewne jej zwyczajowy chłód.
I wtedy nastąpiło zwarcie. W pierwszej chwili to nawet do niej nie dotarło co tam Borgin do niej powiedział, że się zatrzymał, poprawił, że nie panna a pani i to w dodatku Rookwood. Mózg jej to przetwarzał w zwolnionym tempie i kiedy Stanley był przy gratulacjach, Victoria dopiero zaskoczyła co powiedział. Stąd jej reakcja była… Była zdecydowanie opóźniona. Brwi podjechały do góry, ale to energiczna odpowiedź i niezrozumienie Sauriela wybiło się tutaj na pierwszy plan.
- Hm, dziękuję? – zdołała tylko wydukać, nim jej na-rze-czony zrobił tutaj wielkie wyjaśnienie ich stanu zamążpójścia, czy raczej jego braku. Na brodę Merlina… Dopiero co się zaręczyli, chociaż Lestrange przyznałaby, że tyle się ostatnio działo wszystkiego, że przysięgłaby, że to miało miejsce całe miesiące temu, a nie… trzy tygodnie temu. - Do miesiąca miodowego jeszcze trochę brakuje – mruknęła i w takim odrobinkę nerwowym ruchu zgięła rękę w łokciu i palcami potarła miejsce na karku. Tym niemniej – chyba nie było czego współczuć. Względnie tego, że była w dotyku zimna jak trup i ciągle było jej chłodno. Ale nie wyglądała na niezadowoloną, że tutaj jest. Raczej na zaciekawioną i odrobinę… skołowaną, o.
- Nie wygrzebią? – przez to wszystko zupełnie zapomniała o tej farsie i o tym, że Stan to w zasadzie wierzył we wszystko, co Sauriel mu wciskał odnośnie ogórków. Teraz już w ogóle z niezrozumieniem patrzyła na Sauriela, a potem na poletko za plecami Borgina. Można to było zrozumieć pewnie dwojako: po pierwsze, że o czym on pierdoli, co to za durnoty, a po drugie jako, że co ty pierdolisz, oczywiście, że się wygrzebią. - Ale ten cały… arsenał… to rozumiem, że do podziału dla nas, a nie dla ogórków? – upewniła się jeszcze, bo tu stało tyle butelek, że można by tym podlać wszystkie grządki z ogórkami. I byłaby skłonna uwierzyć, że oni mają właśnie takie pomysły. Niemalże widziała, jak Saurielowi wyrastają różki na czole i ogon zakończony serduszkiem – złośliwy diablik. - Co to są za rzeczy, które mężczyzna powinien w swoim życiu zrobić? – zapytała, kiedy stali już przy stoliku i któryś z panów rozlewał trunek.