— Cóż, biorąc na warsztat takiego Irytka... Osobiście ciężko mi go sobie wyobrazić jako zwykłego człowieka, który był kiedyś nauczycielem lub jakimś dozorcą w Hogwarcie. To psotnik, któremu tylko żarty w głowie. Uważam, że większość poltergeistów jest do niego podobnych.
Czy były odstępstwa od tej reguły? Być może. Sebastian słyszał, że mugole czasem uważali, że to duchy dzieci lub bardzo infantylnych dorosłych broją w domu, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Możliwe, że w innych częściach świata poltergeisty faktycznie powstały w inny sposób, jednak nie chciał zbytnio teoretyzować. Nie chciał zaprzątać sobie głowy dodatkowymi klasyfikacjami. Łatwiej mu było wykonywać swoją pracę, gdy określenie rodzaju danego ducha wiązało się ze znalezieniem określonych cech wspólnych typowych dla danych przypadków.
— Trauma lub wyjątkowo szybka śmierć — wydukał z siebie z wahaniem Sebastian. Nie chciał rujnować nastroju rozważaniami na temat śmierci nastolatki ze szkoły. Wyczuwał jednak, że Pandorę ta kwestia wyjątkowo interesował, więc nie chciał też urywać rozmowy bez żadnego komentarza ze swojej strony. — Może szłoby wyciągnąć z niej coś więcej, ale do tego potrzeba by było większej liczby specjalistów. Jakiegoś hipnotyzera, chociażby. I komuś, kto faktycznie by ją zachęcił do tego, aby się zwierzyła obcym... Bez większych histerii.
Westchnął cicho. Z tego, co kojarzył, Marta nie była całkowitym odludkiem, pomimo tego, że częściej można było ją spotkać w jej toalecie niż na szkolnych korytarzach. Lgnęła też do masy uczniów płci męskiej. Czy to jednak równało się zaufanie, które pozwoliłoby na odkrycie nowych faktów? Rodzice mogliby pomóc, pomyślał nagle. Jeśli ktoś mógł mieć na Jęczącą Martę jakiś wpływ, to właśnie oni. Kto wie, może przełamałoby to jakieś blokady pamięci lub pomogło spojrzeć na jej śmierć ze świeżej perspektywy?
W gruncie rzeczy, czy to w ogóle było istotne? Od tego incydentu minęło wiele lat, a czy familia Marty próbowała dogłębniej badać sprawę jej śmierci? Te pytania sprawiały, że w Sebastianie budził się głód wiedzy. Kto był – kolokwialnie mówiąc – winny takiemu stanowi rzeczy? Niewiedza mugolskich krewnych? Siła charyzma dyrekcji Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, czy niechęć Ministerstwa Magii do tego, aby obarczać niemagicznych sprawami czarodziejskiego świata?
— Brzmisz jak taki łotrzyk — skomentował bezrefleksyjnie i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że mogło to zabrzmieć nieco niegrzecznie. Momentalnie oblał się rumieńcem. — To znaczy... Nie, żebym sugerował, że ciągnie cię do jakichś przestępczych aktywności... Po prostu te zamki i szkatułki mi się tak skojarzyły... — Zaczerwienił się jeszcze bardziej, plącząc się w swoich wyjaśnieniach. Wbił na dłuższą chwilę wzrok w podłogę, chcąc zebrać swe myśli do kupy. — Aczkolwiek zajrzenie do zmieniacza czasu brzmi bardzo... fantastycznie. Coś, co pozwala na cofnięcie się w czasie, musi być skomplikowane.
Czyż nie takie przypadki najbardziej przyciągały entuzjastów? Jeśli coś nie stawiało przed nimi wyzwania, to mogli szybko poddać się nudzie. A wyzwanie? Przyciągało uwagę, zajmowało umysł i pozwalało na to, aby zacząć myśleć poza granicami określonych z góry schematów. Mając jako takie doświadczenie z pracami historycznymi, chociażby w ramach współpracy z Cathalem, Sebastian mógł śmiało stwierdzić, że nawet on poddawał się entuzjazmowi w takich przypadkach.
— Będziesz musiała mi o tym opowiedzieć więcej, gdy już skończy się seans — zasugerował niemrawo, starając się odważnie wyjść z ofertą kontynuowania spotkania, gdy obejrzą już proces wywoływania duchów przez specjalistów z muzeum
Uśmiechnął się lekko. Niedługo późno zaczęto zwoływać gości do auli, w której miało dojść do tego iście „nietuzinkowego” przedstawienia. W głębi duszy Macmillan miał nadzieję, że za sterami tego małego show był ktoś, kto faktycznie znał się na rzeczy. Chyba by się spalił ze wstydu, gdyby z uwagi na swoją profesję musiał rzucić się w wir akcji. To jak te sytuacje pokroju „czy mamy na pokładzie lekarza?”. Istny koszmar, pomyślał z przekąsem, podążając żwawo z Pandorą ku odpowiedniej sali. Tylko trzymać kciuki za to, aby dobrze (i bezpiecznie!) bawili się przez resztę pobytu w muzeum.