Wiedza o tym, że jej narzeczony to wampir, wiedza o tym, co robi nocami (czy raczej jak bardzo jego życie bywa zagrożone, co czuła co noc), to, że raz zbierała go pobitego i naćpanego z ulicy dawała jej całkiem niezłe wyobrażenie na pewne sprawy. Na to, że nie był krystaliczny, że bardzo daleko było mu do „dobrego człowieka”. Może to było złe, to co myślała: ale mało ją to obchodziło jaki był dla innych. Liczyło się to, że był dobry dla niej i dla jej najbliższych – niczego innego nie wymagała. Żadnej krystaliczności, tu nie było wygórowanych oczekiwań, które odnosiły się do obcych. Domyślała się więc pewnych rzeczy… I tyle. Nie wiedziała tylko jak bardzo jest źle. Jak bardzo Sauriel upadał, jak bardzo potrzebował pomocy, albo kogoś, kto go podniesie i popchnie by szedł w nieco innym kierunku, bo tam, gdzie sam stawiał kroki, czekało na niego tylko całkowite zniszczenie jego duszy.
- Tak, mocno. Nas dobudzili uzdrowiciele, on potrzebował spirytysty – bo sam się nie budził. Było z nim znacznie, znacznie gorzej i Victoria zastanawiała się ciągle dlaczego. Może za krótko był w Limbo, i jego… jego dusza doznała całkowitego szoku? A może coś innego było powodem? Miała naprawdę cholerną nadzieję, że to nie ona, że to nie dlatego, że zatrzymała go przed wejściem w ogień. - Pozdrowię go – obiecała i uśmiechnęła się do Cynthii. - Ach, rozumiem – jeśli Victoria zdziwiła się tym, że Cynthia podarowała swój wianek Louvainowi, to nie dała tego po sobie poznać. - Loretta, hm… Od zawsze jest bardzo protekcyjna w stosunku do Louvaina. Tak jak on do niej. Ale w jej wypadku mam wrażenie, że odrobinkę… przesadza? – zakończyła kulawo. Mówiła rzecz jasna jedynie na podstawie rodzinnych spotkań na przestrzeni całego swojego życia. Pamiętała Louvaina i Lorette jako dzieciaków i jak dorastali – sama była przecież niewiele starsza… Niewiele, bo dzieliły ich niecałe dwa lata, ale gdy byli dziećmi to ta różnica wydawała się być większa. - Ale sama pewnie wiesz to najlepiej, przecież masz bliźniaka – tak sądziła, że tu chodzi o więź, której sama nigdy nie zrozumie, bo nie miała bliźniaczki ani bliźniaka. Ba, przez większą część swojego życia była jedynaczką.
Cynthia nie musiała jej pokazywać powagi sytuacji – bo Victoria poważna była praktycznie ciągle. Jej żarty były… Po prostu były. Rzadkie, często beznadziejne i nieśmieszne, zaraz zresztą na powrót była poważna, nawet jeśli uśmiechała się pod nosem, to doskonale rozróżniała rzeczy potoczne od zawodowych, prywatne od oficjalnych. Wiedziała, kiedy trzymać gębę na kłódkę, a kiedy nie.
- Niech będzie – metody powiązane z Limbo… Wiedziała, że Cynthia nie jest żadną spirytystką, tylko skończyła kursy medyczne. Sama zresztą o nekromancji wiedziała to i owo, nie chwaląc się tym na lewo i prawo, właściwie to nikomu o tym nie mówiła, z tego samego powodu, dla którego Cynthia milczała – było to niebezpieczne. Victoria sama chciała wiedzieć co jej jest, więc tylko westchnęła cicho, ale nie zamierzała się opierać, czy awanturować.
Uniosła nieco jedną brew. Poczuje przyjemne ciepło? Już prawie zapomniała co to znaczy czuć ciepło. Nic nie było w stanie jej ogrzać, nic. Gorąca kąpiel sprawiała, że… nie czuła żadnej różnicy. Ale teraz… Po chwili faktycznie to poczuła. Ciepło. Nie wiesz, że za czymś tęsknisz, dopóki to do ciebie nie wróci – tak czasami jest i Victoria mimowolnie się uśmiechnęła. Do nikogo konkretnie i jednocześnie do Cynthii i Sauriela. Też wiedziała co to za zaklęcie, więc tym bardziej nie czuła zdenerwowania.
- I jak? – zapytała po chwili.