Student jak student. Bycie na stażu w Biurze Aurorów dalekie było od uczenia się w Hogwarcie, a i teraz zdaje się, że Borgin zaniechał i to, i wrócił do BUMu – zresztą wielkiego wyboru chyba nie miał, skoro egzaminy pozostawały niezdane. Za wytrwałość awansu raczej nie dawali, to była zbyt niebezpieczna robota – zresztą jak widać po Victorii i po tym co wyniosła z sabatu.
- Na tyle, że jak się nie bierze ich na serio, to można oblać – wyjaśniła dość pokrętnie, bo nie powinna się w to zagłębiać jak dokładnie wyglądały i jaki materiał obowiązywał na egzaminach po trzyletnim stażu. Więc tak, w skrócie „to zależy”. Na własny urok osobisty nie było tam co liczyć.
- Zaręczyny były na początku miesiąca – byle nie powiedzieć słowa-klucza „Beltane”, które było jak pułapka popsucia atmosfery. - Gdzie tu miejsce na ślub jakiś… - może to da Stanleyowi do myślenia, o ile w głowie miał jeszcze jakieś miejsce poza ogórkami. Warta uwagi była też forma, jakiej Victoria użyła; „zaręczyny były”, a nie „zaręczyliśmy się”, bo choć to Sauriel pytał, ona odpowiadała, on wręczał jej pierścionek, to nie on go wybrał. I do tej pory, pomimo tego, że się polubili, uważała raczej, że to wszystko to Saurielowi nie w smak – stąd była zdziwiona sposobem, jakim przedstawił ją swojemu kumplowi, przyjacielowi, czy kimkolwiek dla siebie byli, i zdziwiona była tym nagłym nakreśleniem granic i „terenu”. To było coś, co na pewno będzie musiała sobie przeanalizować.
Ale póki co… Po prostu jeszcze wyżej uniosła brwi i niemal oczy wybałuszyła na paplaninę Stanleya o tym, że jej zazdrości bo gdyby był babą, to by chciał wyjść za Sauriela. Chyba nie była do końca na to wszystko gotowa, więc tylko zamrugała. Nie znała się ze Stanleyem na tyle dobrze, by teraz odpowiednio wyczuwać wszystkie żarty i… i w ogóle.
- Co to za odmiana ogórków, że miałyby się wygrzebać – ni to zapytała się, ni to stwierdziła w końcu, przekopując głowę w poszukiwaniu… jakiejś krzyżówki ogórka z mandragorą. Nie znalazła takiej. - Dom zbudować, aha – w jej kręgach nikt domów nie budował. One już stały i tylko przechodziły z ojca na syna, albo na córkę – i dalej w rodzinie. Jak się ma pieniądze, to nie trzeba nic budować, wystarczyło sobie kupić. Nic nie powiedziała na uwagę Sauriela. To głupie powiedzenie, jakie krążyło po ludziach, akurat bezpośrednio uderzało tak w Rookwooda jak i w nią, no bo dzieci to z tego nie będzie, a co tu w ogóle mówić o synu. Rzeczywiście… zostawały ogórki. Chociaż tak po prawdzie Victoria nie zrezygnowałaby z żadnego ogrodu, więc jeśli Sauriel miał fantazję, to mógł zasadzić tam drzewo, żaden problem.
- Właściwie… To roślinom trochę alkoholu nie szkodzi. Na przykład przy kwiatach ciętych, żeby dłużej były świeże, to warto dodać do wody wódkę i cukier – żarty żartami, ale akurat tutaj wcale się Sauriel nie pomylił. - Pomaga też we wzroście kwiatów, by miały krótsze łodygi – mówiła to z kamienną twarzą, znaczy, że nie mogła kłamać, nie? Bo nie kłamała. - Więc jak bardzo chcecie to można je podlać alkoholem, ale nie za dużo, żeby ich nie uszkodzić – więc taki właśnie żarcik-kosmonaucik Sauriela okazał się być prawdą. - Ale nie sądzę, że będą lepiej smakować – aj, popsute marzenia. Wzniosła ten toast, ale nie wypiła całego kieliszka – no bo jak to tak, nie przyszła się tu upijać, tylko ocenić i pomóc z ogórkami. Papierosa odmówiła, przynajmniej w tej chwili. Ostatnio i tak za często popalała. - Hmm, muszę zobaczyć – przyznała i wyciągnęła różdżkę, by podejść tam ze światełkiem i sobie kucnąć. Ocenić spokój przesadzenia ogórków z doniczek na grządkę.