16.08.2023, 19:43 ✶
Czekoladki zwykle były smaczne, chyba że jakaś furiatka nasączała je eliksirem miłosnym, licząc na fajerwerki. Lubił też ciasta i ciasteczka, zdarzały się brownie z malinami. Sam wysyłał walentynkę tylko swojej siostrze oraz kuzynce, chcąc, aby miały milszy dzień. Karteczki nie były oczywiście podpisane, wszystko owiane było anonimowością, bo co to za radość, dostać słodycze i bukiet od rodziny, a nie wymarzonego księcia, czy o kim one tam śniły. Wiedział, że Panna Longbottom jest odpowiedzialna i pilnuje porządku swoim ognistym temperamentem. I całkiem ładnie było jej w czerwonym, chociaż z Gryfonami nigdy nie mógł się dogadać, poza Ger, która trafiła tam z przypadku.
Nie oznaczało to również tego, że warzywny bukiet wysłany dla "żartu", co nawet Tonemu wydawało się dość brzydkie, będzie jedynym prezentem Panny Longbottom. Właściwie to trochę liczył, że ją spotka, a jeśli nie, to chciał skorzystać z sowiarni i wysłać jej słodkości pocztą, podpisując się tylko inicjałem lub pierwszą literką imienia. Dziewczyna miała w sobie coś bardzo Borgina ujmującego, wzbudzała jego szacunek przez swoje zachowanie i sposób bycia, nawet jeśli czasem gadała zbyt dużo i trudno było za nią nadążyć. Nie była to panna, którą zaakceptowałby jego ojciec, więc jego spojrzenia — tak często lecące w jej kierunku, pozostawały tajemnicą. Porwał ją więc, uznając, że to najlepsze wyjście i w taki sposób przynajmniej utkwi jej w pamięci, bo wydawała mu się dziewczyną popularną. Nie było w tym nic złego i podejrzanego, był tylko nastolatkiem z buzującymi hormonami, któremu podała się dziewczyna i robił głupie rzeczy. Młodość rządziła się swoimi prawami, pozwalała na takie odstępstwa. Hogwart był dla niego trochę schronieniem, odskocznią, a ojciec nie wpadł na to, aby dokładnie śledzić każdy dzień jego poczynań, gdy wdzierał mu się do głowy. Anthony nigdy nie był synem idealny, należało go więc w mniemaniu staruszka wyszkolić — on jednak wierzył, że lepiej jego niż któreś z dwójki jego rodzeństwa. Zresztą, gdy coś zmalowali, brał winę na siebie.
Przyglądał się jej trochę rozmarzonym wzrokiem, nawet jeśli dość pewnie i stanowczo odsunęła jego dłoń. Ładnie pachniała, zrobiło mu się cieplej wewnętrznie, nawet jeśli obiekt jego walentynkowego polowania zupełnie nie był zainteresowany. A wcale nie wyglądał tak młodo, dodatkowo wiek był tylko liczbą i nie stanowił w jego pokrytej loczkami głowie absolutnie żadnej przeszkody.
- Marchewki? - przekręcił głowę na bok, powtarzając za nią w zaskoczeniu i dopiero teraz dostrzegł trzymany przez nią pęk warzyw. Zamrugał zdziwiony. Była w szklarni, szła gotować do kuchni? Jego oczy wędrowały pomiędzy faktycznie złamaną marchwią a twarzą Brenny. Zapach warzyw był na tyle intensywny, że z niezadowoleniem stwierdził, że mając tak blisko nosa pietruszkę, to wcale nie czuł jej perfum. Merlinie, chyba nie była smutna przez te królicze żarcie? - Ja.. Nie chciałem połamać Ci warzyw... Żaden ze mnie ogrodnik, ale jak chcesz, to kupię Ci nowy i wyślę pocztą! W ramach rekompensaty za ten.. Nie wiedziałem, że lubisz gotować, Panno Longbottom.
Dodał z odrobiną zakłopotania, bo nie tak wyobrażał sobie wstęp do ich nagłej randki w schowku, która malowała się w jego głowie od momentu, jak drzwi się za nimi zamknęły. Cofnął się pół kroku, słuchając reprymendy, był do nich na tyle przyzwyczajony, że po prostu przytaknął i kiwną głową, drapiąc się po karku.
- Nie porywam przecież każdej dziewczyny i każdą nie rzucam po korytarzu, tylko Tobą. Nie bądź zła, właściwie to chciałem Cię spotkać, a że w takich okolicznościach, to cóż.. - rozłożył bezradnie ręce, wzruszając ramionami i wskazując na schowek. - Jesteśmy tutaj. Nie jest tak źle, możemy usiąść na wiadrach. Chcesz usiąść? - zaproponował błyskotliwie, ignorując całkiem to, co działo się na zewnątrz, zbyt skupiony na nastolatce i próbie odkupienia swoich win, zwłaszcza tych związanych z tą nieszczęsną marchewką, bo wyglądała, jakby była jej fanką. - Mówiłem jej, że "nie", naprawdę.
Usprawiedliwił się jeszcze, nie chcąc, żeby Brenna sobie coś pomyślała. Miała w sobie więcej siły i lepiej sobie z nim radziła, niż Atreus i Louvain, niespotykane. Prywatna temperówka Anthonyego Borgina.
Nie oznaczało to również tego, że warzywny bukiet wysłany dla "żartu", co nawet Tonemu wydawało się dość brzydkie, będzie jedynym prezentem Panny Longbottom. Właściwie to trochę liczył, że ją spotka, a jeśli nie, to chciał skorzystać z sowiarni i wysłać jej słodkości pocztą, podpisując się tylko inicjałem lub pierwszą literką imienia. Dziewczyna miała w sobie coś bardzo Borgina ujmującego, wzbudzała jego szacunek przez swoje zachowanie i sposób bycia, nawet jeśli czasem gadała zbyt dużo i trudno było za nią nadążyć. Nie była to panna, którą zaakceptowałby jego ojciec, więc jego spojrzenia — tak często lecące w jej kierunku, pozostawały tajemnicą. Porwał ją więc, uznając, że to najlepsze wyjście i w taki sposób przynajmniej utkwi jej w pamięci, bo wydawała mu się dziewczyną popularną. Nie było w tym nic złego i podejrzanego, był tylko nastolatkiem z buzującymi hormonami, któremu podała się dziewczyna i robił głupie rzeczy. Młodość rządziła się swoimi prawami, pozwalała na takie odstępstwa. Hogwart był dla niego trochę schronieniem, odskocznią, a ojciec nie wpadł na to, aby dokładnie śledzić każdy dzień jego poczynań, gdy wdzierał mu się do głowy. Anthony nigdy nie był synem idealny, należało go więc w mniemaniu staruszka wyszkolić — on jednak wierzył, że lepiej jego niż któreś z dwójki jego rodzeństwa. Zresztą, gdy coś zmalowali, brał winę na siebie.
Przyglądał się jej trochę rozmarzonym wzrokiem, nawet jeśli dość pewnie i stanowczo odsunęła jego dłoń. Ładnie pachniała, zrobiło mu się cieplej wewnętrznie, nawet jeśli obiekt jego walentynkowego polowania zupełnie nie był zainteresowany. A wcale nie wyglądał tak młodo, dodatkowo wiek był tylko liczbą i nie stanowił w jego pokrytej loczkami głowie absolutnie żadnej przeszkody.
- Marchewki? - przekręcił głowę na bok, powtarzając za nią w zaskoczeniu i dopiero teraz dostrzegł trzymany przez nią pęk warzyw. Zamrugał zdziwiony. Była w szklarni, szła gotować do kuchni? Jego oczy wędrowały pomiędzy faktycznie złamaną marchwią a twarzą Brenny. Zapach warzyw był na tyle intensywny, że z niezadowoleniem stwierdził, że mając tak blisko nosa pietruszkę, to wcale nie czuł jej perfum. Merlinie, chyba nie była smutna przez te królicze żarcie? - Ja.. Nie chciałem połamać Ci warzyw... Żaden ze mnie ogrodnik, ale jak chcesz, to kupię Ci nowy i wyślę pocztą! W ramach rekompensaty za ten.. Nie wiedziałem, że lubisz gotować, Panno Longbottom.
Dodał z odrobiną zakłopotania, bo nie tak wyobrażał sobie wstęp do ich nagłej randki w schowku, która malowała się w jego głowie od momentu, jak drzwi się za nimi zamknęły. Cofnął się pół kroku, słuchając reprymendy, był do nich na tyle przyzwyczajony, że po prostu przytaknął i kiwną głową, drapiąc się po karku.
- Nie porywam przecież każdej dziewczyny i każdą nie rzucam po korytarzu, tylko Tobą. Nie bądź zła, właściwie to chciałem Cię spotkać, a że w takich okolicznościach, to cóż.. - rozłożył bezradnie ręce, wzruszając ramionami i wskazując na schowek. - Jesteśmy tutaj. Nie jest tak źle, możemy usiąść na wiadrach. Chcesz usiąść? - zaproponował błyskotliwie, ignorując całkiem to, co działo się na zewnątrz, zbyt skupiony na nastolatce i próbie odkupienia swoich win, zwłaszcza tych związanych z tą nieszczęsną marchewką, bo wyglądała, jakby była jej fanką. - Mówiłem jej, że "nie", naprawdę.
Usprawiedliwił się jeszcze, nie chcąc, żeby Brenna sobie coś pomyślała. Miała w sobie więcej siły i lepiej sobie z nim radziła, niż Atreus i Louvain, niespotykane. Prywatna temperówka Anthonyego Borgina.