Byli ludzie, których uspokajało spoglądanie na kołyszącą się wodę, na fale rozbijające się o brzeg czy o klify. Nieraz widziało się ludzi tęsknie wpatrzonych w dal, aż po horyzont, gdzie woda mieszała się z niebem. Victoria nie była jedną z tych osób – zakochana w kwiatach i księgach, nie w wodzie i przygodzie, twardo stąpała po ziemi. Nie interesowały ją też żadne skarby, które pochłonęło morze, żadne historyjki, zwłaszcza te wymyślone, o statku widmo. Więc czemu tutaj była? W sprawach służbowych. Nie wiadomo, czy te dzieciaki, których rodzice przybyli do Ministerstwa, faktycznie tutaj przypłynęły – ale wszystko na to wskazywało, bo minęły dwa dni, a dzieciaków nie było. Poza tym – kto wie jakie czarnomagiczne sprawy miały tutaj miejsce, legenda o Perle Morza była znana. Victoria była specjalistą od magii defensywnej, czy jak to inaczej powiedzieć – od rozpraszania magii, więc jej doświadczenie mogło się tutaj przydać.
- Co może pójść nie tak – odpowiedziała Brennie dość… sarkastycznie. Nie dlatego, że się z nią nie zgadzała, a właśnie głównie dlatego, że podzielała jej zdanie. Co tym dzieciakom strzeliło do głowy… przecież to było zwyczajnie niebezpieczne. Na tym świecie działy się przecież takie dziwne rzeczy, a Victoria gdzieś od marca zaobserwowała zwiększoną ilość obecności duchów, czy innych poltergeistów, przynajmniej w swoim otoczeniu. I miała przeczucie, że teraz będzie się działo coś podobnego – bo mówimy wszak o statku, który pojawia się nieregularnie, ale jeśli już, to zawsze w tym samym czasie roku, a jeśli wierzyć legendzie, to jego pasażerów spotkał marny koniec.
Rozejrzała się. Wszędzie tylko morze… I ta dziwna mgła. Tylko tutaj. Gdyby nie to, że Victorii było ciągle naturalnie zimno, to pewnie by się zatrzęsła od tej atmosfery – ale już się przyzwyczaiła. Co jeszcze ją niepokoiło to data. W czasie ostatniego sabatu… wiadomo co się stało. A dzisiaj była Litha. Do wieczora było co prawda jeszcze trochę czasu, ale chodziło jej już teraz tylko o symbol. Zmierzyła spojrzeniem też Laurenta, który siedział koło Brenny. Pamiętała go ze szkoły i to, jak go pamiętała i co uważała, bardzo jej się gryzło z tym, jak niemalże protekcyjnie się wobec niego zachowywała teraz Longbottom. Reszta ludzi jaka się tutaj znalazła… Większość była z Ministerstwa, nieliczne osoby były spoza i Lestrange zastanawiała się w ciszy co tutaj do cholery robią. Na przykład obecność Geraldine jej nie dziwiła, znała jej możliwości, ale na ten przykład drugi z Borginów, Anthony?
Statek rzeczywiście był duży. Victoria nie zamierzała korzystać z drabinek, cholera jedna wie, czy w ogóle nadawały się do czegokolwiek. Wolała się aportować na pokład i zrobiła to gdzieś przy końcu, pozwalając, by Eric był ostatni.
Ekwipunek: mundur aurora, eliksir wiggenowy, fiolka antidotum