16.08.2023, 20:38 ✶
Gdy ojca nie było, rezydencja była znośna. Miał tu też dobre wspomnienia, o ile wyciąć z niej lewe skrzydło drugiego piętra, gdzie był gabinet oraz pokoje ojca. Nie miał też pretensji do dziadków, nigdy nie wtrącali się w metody wychowawcze swoich dzieci, ale Tony był też przekonany o tym, że stary zastosował wszystkie potrzebne środki ostrożności, podczas swoich reprymend oraz sprawdzania tego, co Tosiek robił, gdy nie było go w domu. Nigdy nie mógł pojąć, dlaczego trzeba trzymać się sztywnych gałęzi drzewa, kiedy to Stanley byłby znacznie lepszym materiałem na dziedzica, niż on. Brat był w oczach młodego mężczyzny człowiekiem, na którym warto się wzorować. Owszem, miał kilka wad, ale na tyle drobnych i nieistotnych, że w żaden sposób nie przyćmiewały jego zalet. Lepiej by sobie radził, był bardziej odpowiedzialny i nie reagował impulsywnie, szaleńczo, jak czasem robił to on. Czy szaleństwo było dziedziczne i on też skończy, wychowując tak swoje dzieciaki? Skrzywił się do swoich myśli, zauważając, że zatrzymał się na chwilę przy jednym z wiszących na ścianie portretów. Pokręcił głową, wracając do rzeczywistości i znów ruszył, wprost do saloniku.
Widok Stanleya zawsze sprawiał, że się uśmiechał. Z pewną dozą czułości wręcz przywitał brata, uznając, że niezmiennie, zapach jego perfum lub też wody kolońskiej kojarzył mu się z bezpieczeństwem oraz troską. Jeśli istniał człowiek, który miał w gruncie rzeczy nad młodym Borginem kontrole, był to właśnie Stasiek. Nie ojciec, nie matka, nie brat i nawet nie siostra, która była jego oczkiem w głowie, a właśnie ten nieco starszy, rozwijający prężną karierę w Ministerstwie mężczyzna.
- Jak to będzie kiedyś mój dom, to dostaniesz plakietkę na drzwi od tego pokoju i to będzie Twój gabinet, bo to też Twój dom. - zauważył ze wzruszeniem ramion, przekazując mu tym samym pierwszy dekret, który wprowadzi w życie razem ze śmiercią ojca. Dziadkowi życzył długiego życia, znał się na artefaktach, jak mało kto i wciąż miał wiele do pokazania wszystkim swoim wnukom. Zlustrował go wzrokiem, uśmiechając się pod nosem — zawsze wyglądał dobrze, przynajmniej jak zastępca dowódcy aurorów czy innych brygadzistów, nigdy tego nie rozróżniał.
Zaśmiał na jego słowa, kręcąc głową, bo widocznie przypomniała mu się jedna z książek. Faktycznie, dziadek brał całą trójką i czasem nawet ich siostrę, na stole stawiano słodkości, których normalnie matki nie dawały im jeść przed obiadem. A potem łagodny, ale i stanowczy głos starszego Borgina porywał ich do świata pełnego przygód, piratów i skarbów. Byli też rycerze i smoki, które porywały księżniczki. - Nikt nie czytał książek tak, jak dziadek. Nawet młoda potrafiła wysiedzieć całą historię dla chłopców, zapatrzona z otwartymi oczami. Zakładałem się wtedy, czy mucha jej wleci.
Wtedy było prościej. Nie było presji, kariery, dziedzictwa i tego całego cyrku, który rozgrywał się dookoła. Mugoli się jeszcze aż tak nie tolerowało, starano się nie mieszać dwóch światów. Poprawił się na głębokim siedzisku kanapy, plecami przywierając do leżącej tam poduchy. Ściągnął brwi na słowa Stanleya, odprowadzając go wzrokiem z odrobiną zdezorientowania na twarzy. - Nigdy nie był. - przyznał półszeptem, jakby w obawie, że ojciec zaraz w paraduje do pokoiku i zdzieli go w twarz za brak szacunku. Brat jednak nie wpuściłby go w maliny, nie wystawił w taki sposób. Wydał z siebie pytający pomruk, krzyżując ręce na piersiach. Poczuł w kieszeni paczkę papierosów, a obok ciężką, metalową zapalniczkę. Zassało go nieco nikotynowym głodem, ale nie wyjął fajki. Słuchał go dalej, nie bardzo rozumiejąc, do czego Borgin właściwie zmierzał. Przeskrobali coś? Młoda coś zrobiła? Stuknął palcami we własne ramiona, a gdy do uszu dobiegły słowa o dziedzictwie, wywrócił oczami. - Każdy w tym domu wie, że to powinieneś być Ty, nie ja. Mogę Ci to oddać, dziadek pewnie by się zgodził. Można podrobić papiery i zamienić nas miejscami.
Wzruszył ramionami, jakby istotnie, była to najprostsza robota na świecie. Miał talent nie tylko do liczenia pieniędzy, ale również kaligrafii. Doskonale podrabiał pisma urzędowe i listy, odtwarzał zniszczone dokumenty i nawet tworzył identyczne pieczęcie woskowe, dzięki czemu wiele możliwości tkwiło przed ich rodziną otworem. Był to dar niezwykle praktyczny w tych czasach, zwłaszcza pracując w Departamencie Skarbu.
I wcale nie myślał tylko o kobietach, a na pewno nie o wszystkich, był bardzo wybredny!
- Jak chcesz mnie upić i przekonać do ożenku, to Ci się nie uda. Nie wezmę za żonę panny, której nie znam. - pogroził mu nawet żartobliwie palcem, chociaż jego słowa były jak najbardziej szczere. Jeśli by go zmuszono do zawarcia narzeczeństwa, którego nie chciał, musiałby przekonać siłą swoją przyszłą żonę, że to bardzo zły pomysł. A na co komu tyle kłopotów i fatygi? - No i widzisz? Ty zachowujesz się jak głowa rodu, a ze mnie Twój młodszy brat!
Rozłożył ręce, bo miał przecież rację. Stasiek nie musiał jednak prosić dwa razy, Tony wstał i wygładził odzienie, a potem ruszył do drzwi. Otworzył, obdarzając kobietę spokojnym spojrzeniem, uśmiechnął się nawet i puścił jej oczko, komplementując dobrze wykonaną pracę i wciskając w dłoń dwa galeony, które miał w kieszeni. Dygnęła zadowolona, zamykając za nim, podczas gdy niesforna, bujająca w obłokach przyszła głowa rodu, odstawiła tackę na stolik. Oczywiście były też przekąski, doskonale. Ujął kryształową karafkę, rozlewając im do szklanek, a potem podszedł do brata, podając mu alkohol. Sam spojrzał za okno, wolną dłonią odgarniając firankę. - Jak idą przygotowania do tego egzaminu na aurora? Wszystko w porządku?
Zapytał spokojnym głosem, ale z łatwością wyczuwalne było w nim zainteresowanie oraz troska. Przecież dałby się za niego pociąć. Zwilżył wargi, odstawiając szklankę na parapet i wyjął paczkę papierosów, wysuwając ją w stronę stojącego obok mężczyzny, aby się poczęstował. Dlaczego właściwie go wezwał do tego gabinetu bez ojca lub dziadka, innych przedstawicieli rodu i na dodatek prowadził rozmowę w ten sposób?
Widok Stanleya zawsze sprawiał, że się uśmiechał. Z pewną dozą czułości wręcz przywitał brata, uznając, że niezmiennie, zapach jego perfum lub też wody kolońskiej kojarzył mu się z bezpieczeństwem oraz troską. Jeśli istniał człowiek, który miał w gruncie rzeczy nad młodym Borginem kontrole, był to właśnie Stasiek. Nie ojciec, nie matka, nie brat i nawet nie siostra, która była jego oczkiem w głowie, a właśnie ten nieco starszy, rozwijający prężną karierę w Ministerstwie mężczyzna.
- Jak to będzie kiedyś mój dom, to dostaniesz plakietkę na drzwi od tego pokoju i to będzie Twój gabinet, bo to też Twój dom. - zauważył ze wzruszeniem ramion, przekazując mu tym samym pierwszy dekret, który wprowadzi w życie razem ze śmiercią ojca. Dziadkowi życzył długiego życia, znał się na artefaktach, jak mało kto i wciąż miał wiele do pokazania wszystkim swoim wnukom. Zlustrował go wzrokiem, uśmiechając się pod nosem — zawsze wyglądał dobrze, przynajmniej jak zastępca dowódcy aurorów czy innych brygadzistów, nigdy tego nie rozróżniał.
Zaśmiał na jego słowa, kręcąc głową, bo widocznie przypomniała mu się jedna z książek. Faktycznie, dziadek brał całą trójką i czasem nawet ich siostrę, na stole stawiano słodkości, których normalnie matki nie dawały im jeść przed obiadem. A potem łagodny, ale i stanowczy głos starszego Borgina porywał ich do świata pełnego przygód, piratów i skarbów. Byli też rycerze i smoki, które porywały księżniczki. - Nikt nie czytał książek tak, jak dziadek. Nawet młoda potrafiła wysiedzieć całą historię dla chłopców, zapatrzona z otwartymi oczami. Zakładałem się wtedy, czy mucha jej wleci.
Wtedy było prościej. Nie było presji, kariery, dziedzictwa i tego całego cyrku, który rozgrywał się dookoła. Mugoli się jeszcze aż tak nie tolerowało, starano się nie mieszać dwóch światów. Poprawił się na głębokim siedzisku kanapy, plecami przywierając do leżącej tam poduchy. Ściągnął brwi na słowa Stanleya, odprowadzając go wzrokiem z odrobiną zdezorientowania na twarzy. - Nigdy nie był. - przyznał półszeptem, jakby w obawie, że ojciec zaraz w paraduje do pokoiku i zdzieli go w twarz za brak szacunku. Brat jednak nie wpuściłby go w maliny, nie wystawił w taki sposób. Wydał z siebie pytający pomruk, krzyżując ręce na piersiach. Poczuł w kieszeni paczkę papierosów, a obok ciężką, metalową zapalniczkę. Zassało go nieco nikotynowym głodem, ale nie wyjął fajki. Słuchał go dalej, nie bardzo rozumiejąc, do czego Borgin właściwie zmierzał. Przeskrobali coś? Młoda coś zrobiła? Stuknął palcami we własne ramiona, a gdy do uszu dobiegły słowa o dziedzictwie, wywrócił oczami. - Każdy w tym domu wie, że to powinieneś być Ty, nie ja. Mogę Ci to oddać, dziadek pewnie by się zgodził. Można podrobić papiery i zamienić nas miejscami.
Wzruszył ramionami, jakby istotnie, była to najprostsza robota na świecie. Miał talent nie tylko do liczenia pieniędzy, ale również kaligrafii. Doskonale podrabiał pisma urzędowe i listy, odtwarzał zniszczone dokumenty i nawet tworzył identyczne pieczęcie woskowe, dzięki czemu wiele możliwości tkwiło przed ich rodziną otworem. Był to dar niezwykle praktyczny w tych czasach, zwłaszcza pracując w Departamencie Skarbu.
I wcale nie myślał tylko o kobietach, a na pewno nie o wszystkich, był bardzo wybredny!
- Jak chcesz mnie upić i przekonać do ożenku, to Ci się nie uda. Nie wezmę za żonę panny, której nie znam. - pogroził mu nawet żartobliwie palcem, chociaż jego słowa były jak najbardziej szczere. Jeśli by go zmuszono do zawarcia narzeczeństwa, którego nie chciał, musiałby przekonać siłą swoją przyszłą żonę, że to bardzo zły pomysł. A na co komu tyle kłopotów i fatygi? - No i widzisz? Ty zachowujesz się jak głowa rodu, a ze mnie Twój młodszy brat!
Rozłożył ręce, bo miał przecież rację. Stasiek nie musiał jednak prosić dwa razy, Tony wstał i wygładził odzienie, a potem ruszył do drzwi. Otworzył, obdarzając kobietę spokojnym spojrzeniem, uśmiechnął się nawet i puścił jej oczko, komplementując dobrze wykonaną pracę i wciskając w dłoń dwa galeony, które miał w kieszeni. Dygnęła zadowolona, zamykając za nim, podczas gdy niesforna, bujająca w obłokach przyszła głowa rodu, odstawiła tackę na stolik. Oczywiście były też przekąski, doskonale. Ujął kryształową karafkę, rozlewając im do szklanek, a potem podszedł do brata, podając mu alkohol. Sam spojrzał za okno, wolną dłonią odgarniając firankę. - Jak idą przygotowania do tego egzaminu na aurora? Wszystko w porządku?
Zapytał spokojnym głosem, ale z łatwością wyczuwalne było w nim zainteresowanie oraz troska. Przecież dałby się za niego pociąć. Zwilżył wargi, odstawiając szklankę na parapet i wyjął paczkę papierosów, wysuwając ją w stronę stojącego obok mężczyzny, aby się poczęstował. Dlaczego właściwie go wezwał do tego gabinetu bez ojca lub dziadka, innych przedstawicieli rodu i na dodatek prowadził rozmowę w ten sposób?