17.08.2023, 04:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2023, 04:39 przez Oleander Crouch.)
Nie potrzebował wysyłać do nikogo listu, słyszeć o rejsie pocztą pantoflową czy znajdować informacji o nim w gazecie. Na jednym z rodzinnych spotkań wyraził chęć wzięcia w nim udziału, z osobą towarzyszącą, i zostawił resztę przygotowań matce oraz ojcu (w większości jednak matce). Wytyczne miejsca, w ktorym zacumowany był statek przekazał Desmondowi. To on wiedział jak odcyztywać mapy i całą resztę tych bardzo poważnie wyglądających cyferek. Oczywiście, że mogli skorzystać ze Świstoklika, ale Oleander doskonale wiedział jak dużą przyjemność sprawi Malfoyowi popisanie się swoimi umiejętnościami teleportacji łącznej. Translokacja była czymś, co blondynowi szło dobrze, chociaż Crouch zawsze uważał, że jego zdolności plastyczne są o wiele bardziej spektakularnym talentem do wychwalania.
– Szalenie przydatna umiejętność, mówiłem ci to już prawda? – odezwał się do Desmonda, gdy znaleźli się w porcie, pomiędzy restauracją z owocami morza, a jednym z pomostów. Puścił wtedy jego ramie i spojrzał niechętnie w stronę kolejki, jaka ustawiła się przy ich punkcie docelowym. Westchnął teatralnie, zerkając na przyjaciela porozumiewawczo.
Spoglądał na świat znad wąskich okularów o srebrnych oprawkach i pomarańczowych szkłach. Teatralnie, od niechcenia, poprawiał je na nosie, tak, aby spojrzeć na granat falującego morza w nieco innym odcieniu.
– Niby samo wejście kosztowało sporo, a wygląda na to, że będzie to impreza zapełniona jak każda inna. Tyle w temacie marzeń o kameralności i braku pospólstwa – mruknął na tyle cicho, że tylko Malfoy mógł go usłyszeć. Każde z tych słów wypowiedział z szerokim uśmiechem na ustach. Jeżeli ktoś by mu się w tym momencie przyglądał, zapewne uznałby, że chwalił dzisiejszą pogodę lub sam wygląd statku.
Cierpliwość nie należała do jego mocnych stron, więc sama długość kolejki zaowocowała uszczypliwym komentarzem. Odczekali swoje, gdy bagaże zostały wysłane przodem. Zanim jego uwagę przykuła cała reszta uczestników, nie powstrzymał się przed krótkim otaksowaniem spojrzeniem samego Desmonda. Jego i tak jasne włosy rozświetlały promienie słoneczne zaskakująco ciepłego w tym roku, angielskiego lata. Niektóre z kosmyków wysmykiwały się z ułożonej fryzury i przesuwały po czole i policzkach. Musi cię to irytować, pomyślał, nie pozwalając sobie na wypowiedzenie tych słów na głos. Wiedział dobrze jak mocno Desmond dbał o to, aby nic nie smyrało go w skórę, włosy musiały się do tego zaliczać. Pogromił ochotę odgarnięcia mu włosów z twarzy i spojrzał mimochodem w bok. Mignęła mu w kolejce postać Heather Wood u boku Camerona. Rozpoznał ich tylko i wyłącznie z powodu artykułu opublikowanego w Czarownicy, o najbardziej uroczych pannach w Wielkiej Brytanii. Wcześniejszy tekst o kawalerach absolutnie go uraził, głównie dlatego, że on sam nie znalazł na liście, a przecież powinien był.
Odebrali muszelki, pozwalając jednemu z pracowników odhaczyć swoje imiona na pergaminie z wypisanymi uczestnikami rejsu. Wyszywana srebrną nicią koszula Oleandra w czarno-białe paski, przypominajace zebre, była podatna na dmący wiatr. Loafersy w jasnym, beżowym odcieniu ginęły przy odcieniu skóry, a ciemne spodnie kończyły się nad kolanem. Na szyi miał perłowy naszyjnik, z którym nie rozstawał się, odkąd ukradł go matce, jeszcze w szkolnych latach.
– Tam przed nami to Heather Wood, pamiętasz ją? Jest tylko odrobinę starsza, ale nie w tym rzecz. Była w tym cholernym artykule w Czarownicy, o najbardziej uroczych pannach w Wielkiej Brytanii. Ten gość z nią to pewnie ten Lupin, o którym też pisali w gazecie. Czemu dali ją do tej gazety, a mnie nie? W sensie, w artykule o kawalerach, były dwa – mówił półgłosem, pokazując Desmondowi spojrzeniem, na kogo dokładnie ma się patrzeć. Zatrzymał się spojrzeniem odrobinę dlużej na rozpietych guzikach przy koszuli Camerona, ale w tym samym momencie poprawił okulary na nosie, wiec trudno było dostrzec, że faktycznie to zrobił. W momencie wspominania o Heather, jasne część loków Croucha zzieleniała, dając upust zazdrości. Przymrużył oczy i powędrował spojrzeniem do kolejnych uczestników.
– O, a tam, przy Nottcie, tym zawodniku Quidditcha, to Pandora Prewett, też pisali o niej w tym artykule. – Gdy mówił Malfoyowi o tych wszystkich ludziach, zbliżyli się w stronę wejścia na zadaszoną część statku, a konkretniej bawialni. Stamtąd dotarły do nich dźwięki wygrywanej na pianinie melodii. Oleander nie mógł powstrzymać myśli, że bardzo dobrze ją rozpoznaje, ale równie szybko, co ją usłyszał, przestał o tym myśleć, bo przed wejściem do pomieszczenia jego oczom ukazał się nie kto inny, jak Martin Crouch.
– Martin, cześć – przywitał kuzyna i spojrzał po jego ubiorze – Dobrze wyglądasz. Naprawdę dobrze – zerknął zaraz na Desmonda – To mój najlepszy przyjaciel, Desmond Malfoy, nie mieliście chyba przyjemności? – uśmiechnął się szeroko w stronę starszego mężczyzny.
– Szalenie przydatna umiejętność, mówiłem ci to już prawda? – odezwał się do Desmonda, gdy znaleźli się w porcie, pomiędzy restauracją z owocami morza, a jednym z pomostów. Puścił wtedy jego ramie i spojrzał niechętnie w stronę kolejki, jaka ustawiła się przy ich punkcie docelowym. Westchnął teatralnie, zerkając na przyjaciela porozumiewawczo.
Spoglądał na świat znad wąskich okularów o srebrnych oprawkach i pomarańczowych szkłach. Teatralnie, od niechcenia, poprawiał je na nosie, tak, aby spojrzeć na granat falującego morza w nieco innym odcieniu.
– Niby samo wejście kosztowało sporo, a wygląda na to, że będzie to impreza zapełniona jak każda inna. Tyle w temacie marzeń o kameralności i braku pospólstwa – mruknął na tyle cicho, że tylko Malfoy mógł go usłyszeć. Każde z tych słów wypowiedział z szerokim uśmiechem na ustach. Jeżeli ktoś by mu się w tym momencie przyglądał, zapewne uznałby, że chwalił dzisiejszą pogodę lub sam wygląd statku.
Cierpliwość nie należała do jego mocnych stron, więc sama długość kolejki zaowocowała uszczypliwym komentarzem. Odczekali swoje, gdy bagaże zostały wysłane przodem. Zanim jego uwagę przykuła cała reszta uczestników, nie powstrzymał się przed krótkim otaksowaniem spojrzeniem samego Desmonda. Jego i tak jasne włosy rozświetlały promienie słoneczne zaskakująco ciepłego w tym roku, angielskiego lata. Niektóre z kosmyków wysmykiwały się z ułożonej fryzury i przesuwały po czole i policzkach. Musi cię to irytować, pomyślał, nie pozwalając sobie na wypowiedzenie tych słów na głos. Wiedział dobrze jak mocno Desmond dbał o to, aby nic nie smyrało go w skórę, włosy musiały się do tego zaliczać. Pogromił ochotę odgarnięcia mu włosów z twarzy i spojrzał mimochodem w bok. Mignęła mu w kolejce postać Heather Wood u boku Camerona. Rozpoznał ich tylko i wyłącznie z powodu artykułu opublikowanego w Czarownicy, o najbardziej uroczych pannach w Wielkiej Brytanii. Wcześniejszy tekst o kawalerach absolutnie go uraził, głównie dlatego, że on sam nie znalazł na liście, a przecież powinien był.
Odebrali muszelki, pozwalając jednemu z pracowników odhaczyć swoje imiona na pergaminie z wypisanymi uczestnikami rejsu. Wyszywana srebrną nicią koszula Oleandra w czarno-białe paski, przypominajace zebre, była podatna na dmący wiatr. Loafersy w jasnym, beżowym odcieniu ginęły przy odcieniu skóry, a ciemne spodnie kończyły się nad kolanem. Na szyi miał perłowy naszyjnik, z którym nie rozstawał się, odkąd ukradł go matce, jeszcze w szkolnych latach.
– Tam przed nami to Heather Wood, pamiętasz ją? Jest tylko odrobinę starsza, ale nie w tym rzecz. Była w tym cholernym artykule w Czarownicy, o najbardziej uroczych pannach w Wielkiej Brytanii. Ten gość z nią to pewnie ten Lupin, o którym też pisali w gazecie. Czemu dali ją do tej gazety, a mnie nie? W sensie, w artykule o kawalerach, były dwa – mówił półgłosem, pokazując Desmondowi spojrzeniem, na kogo dokładnie ma się patrzeć. Zatrzymał się spojrzeniem odrobinę dlużej na rozpietych guzikach przy koszuli Camerona, ale w tym samym momencie poprawił okulary na nosie, wiec trudno było dostrzec, że faktycznie to zrobił. W momencie wspominania o Heather, jasne część loków Croucha zzieleniała, dając upust zazdrości. Przymrużył oczy i powędrował spojrzeniem do kolejnych uczestników.
– O, a tam, przy Nottcie, tym zawodniku Quidditcha, to Pandora Prewett, też pisali o niej w tym artykule. – Gdy mówił Malfoyowi o tych wszystkich ludziach, zbliżyli się w stronę wejścia na zadaszoną część statku, a konkretniej bawialni. Stamtąd dotarły do nich dźwięki wygrywanej na pianinie melodii. Oleander nie mógł powstrzymać myśli, że bardzo dobrze ją rozpoznaje, ale równie szybko, co ją usłyszał, przestał o tym myśleć, bo przed wejściem do pomieszczenia jego oczom ukazał się nie kto inny, jak Martin Crouch.
– Martin, cześć – przywitał kuzyna i spojrzał po jego ubiorze – Dobrze wyglądasz. Naprawdę dobrze – zerknął zaraz na Desmonda – To mój najlepszy przyjaciel, Desmond Malfoy, nie mieliście chyba przyjemności? – uśmiechnął się szeroko w stronę starszego mężczyzny.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦