17.08.2023, 04:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2023, 05:02 przez Oleander Crouch.)
Może i był specjalistą w odczuwaniu emocji, ale nigdy wczesniej nie znajdował się w sytuacji, w ktorej zostałby odrzucony. Czuł się z tym okropnie i najchętniej zapomniałby o całym wydarzeniu, ale nie dało się, to było już przesądzone. Zrobił to, co zrobił. Powiedział to, co powiedział. Chociaż tego nie znosił, musiał wziąć konsekwencję podjętych akcji na barki. Dla siebie i dla Desmonda, bo był dla niego najważniejszy. Nawet jak mówił mu te wszystkie okropne rzeczy, nawet jak wszystkie te, mniej lub bardziej, zdecydowane słowa wbijały się w serce Croucha sprawiajac, że zaciskało mu się gardło.
– Wszystkiego. Nie siedzę ci w głowie. Przeprosiłeś mnie, a teraz mówisz coś implikującego, że nawet patrzeć na mnie nie możesz? Wiesz jakie to jest dla mnie okropne? Pomyślałeś chociaż przez chwilę o mnie? Ja o tobie dużo myślę. Chce żebyś sie dobrze czuł, myślisz, że sprawia mi przyjemność patrzenie jak spijasz się przed południem? I to nawet nie w ramach zabawy, a jakiegoś przykrego rytuału. – Skrzywił się, pokazując tym swoje niezadowolenie i zbolałość sytuacją. Chciał, aby Desmond poczuł jak bardzo rani go takim zachowaniem. Fakt, zależało mu na nim, ale nie mógł być w relacji z kimś, kto go odpycha; musiał być chciany, pożądany, wyczekiwany.
Bardzo mocno i ostentacyjnie rzucił widelec na talerz, parskając pod nosem i spoglądając w bok, gdy przyjaciel zaczął wywód o przygotowanym śniadaniu.
– Naprawdę na tym teraz chcesz się skupiać? Na pierdolonych kawałkach upieczonego ciasta? – zirytowało go to, bo powodem nie jedzenia, nie był wcale fakt źle przygotowanego śniadania, a to, że miał ścisnięty żoładek z emocji. Crumpets mu smakowały, lubił je, zwłaszcza z dużą ilością syropu klonowego.
– Tyle razy widziałeś jak jem, wszystko bym polał syropem klonowym. Lubię dużą ilość wszystkiego. Pieniędzy. Alkoholu. Przyjemności. Syropu klonowego – powiedział podniesionym teatralnie głosem, choć nie krzyczał. Jego wypowiedź miała ton pretensji, jakby Desmond powinien był wiedzieć w jaki sposób jego najlepszy przyjaciel konsumuje swoje posiłki. Bo przecież powinien był.
– Po co przygotowywałeś mi śniadanie, skoro tak bardzo nie możesz na mnie patrzeć? Czemu mnie przepraszasz, skoro, tak jak mówiłeś wczoraj, jestem degeneratem? Degeneratów się chyba nie przeprasza. Chyba zasługuje chociaż na klarowną wersję tego, co o mnie teraz myślisz? – skrzyżował ramiona na piersi i opadł na oparcie krzesła. Było mu okropnie zimno i samo to wzmagało mocną irytację. Na odsłoniętej skórze pojawiła się gęsia skórka. Chciał wstać od stołu, opuścić te przykrą scenę. Nie lubił odczuwać przykrych emocji, nie lubił być rozczarowany ani zły... Nie w ten sposób.
Spojrzał na Desmonda zbolałym wzrokiem, jednocześnie marszcząc brwi. Chciał wyglądać butnie, ale prezentował się bardziej jak kopnięty szczeniak. Złość wykrzywiała jego zazwyczaj nieskalaną zmarszczkami buzię, konstelacje piegów ułożyły się w nieznane wzory.
– Wszystkiego. Nie siedzę ci w głowie. Przeprosiłeś mnie, a teraz mówisz coś implikującego, że nawet patrzeć na mnie nie możesz? Wiesz jakie to jest dla mnie okropne? Pomyślałeś chociaż przez chwilę o mnie? Ja o tobie dużo myślę. Chce żebyś sie dobrze czuł, myślisz, że sprawia mi przyjemność patrzenie jak spijasz się przed południem? I to nawet nie w ramach zabawy, a jakiegoś przykrego rytuału. – Skrzywił się, pokazując tym swoje niezadowolenie i zbolałość sytuacją. Chciał, aby Desmond poczuł jak bardzo rani go takim zachowaniem. Fakt, zależało mu na nim, ale nie mógł być w relacji z kimś, kto go odpycha; musiał być chciany, pożądany, wyczekiwany.
Bardzo mocno i ostentacyjnie rzucił widelec na talerz, parskając pod nosem i spoglądając w bok, gdy przyjaciel zaczął wywód o przygotowanym śniadaniu.
– Naprawdę na tym teraz chcesz się skupiać? Na pierdolonych kawałkach upieczonego ciasta? – zirytowało go to, bo powodem nie jedzenia, nie był wcale fakt źle przygotowanego śniadania, a to, że miał ścisnięty żoładek z emocji. Crumpets mu smakowały, lubił je, zwłaszcza z dużą ilością syropu klonowego.
– Tyle razy widziałeś jak jem, wszystko bym polał syropem klonowym. Lubię dużą ilość wszystkiego. Pieniędzy. Alkoholu. Przyjemności. Syropu klonowego – powiedział podniesionym teatralnie głosem, choć nie krzyczał. Jego wypowiedź miała ton pretensji, jakby Desmond powinien był wiedzieć w jaki sposób jego najlepszy przyjaciel konsumuje swoje posiłki. Bo przecież powinien był.
– Po co przygotowywałeś mi śniadanie, skoro tak bardzo nie możesz na mnie patrzeć? Czemu mnie przepraszasz, skoro, tak jak mówiłeś wczoraj, jestem degeneratem? Degeneratów się chyba nie przeprasza. Chyba zasługuje chociaż na klarowną wersję tego, co o mnie teraz myślisz? – skrzyżował ramiona na piersi i opadł na oparcie krzesła. Było mu okropnie zimno i samo to wzmagało mocną irytację. Na odsłoniętej skórze pojawiła się gęsia skórka. Chciał wstać od stołu, opuścić te przykrą scenę. Nie lubił odczuwać przykrych emocji, nie lubił być rozczarowany ani zły... Nie w ten sposób.
Spojrzał na Desmonda zbolałym wzrokiem, jednocześnie marszcząc brwi. Chciał wyglądać butnie, ale prezentował się bardziej jak kopnięty szczeniak. Złość wykrzywiała jego zazwyczaj nieskalaną zmarszczkami buzię, konstelacje piegów ułożyły się w nieznane wzory.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦