Ludzie się zmieniają oraz… zaskakują. Victoria po szkole poszła drogą, na której wielu ludzi wcale jej nie widziało. Powinna zostać sędzią – mówili. Prefektka, później Prefekt Naczelna, zawsze kulturalna, nie wahała się powiedzieć czegoś ostrzejszego i bardziej dosadnego nawet swoim kolegom ze Slytherinu, a jeśli trzeba było – im też odejmowała punkty. A potem została amnezjatorem i przez kilka lat zadawała się z mugolami by w swym powolnym i chłodnym żywocie zmienić zawód i wstąpić do BUMu. Teraz nie przywdziewała już munduru brygadzistki, ale nie była też aurorem – do tego brakowało jeszcze roku z małym hakiem. I tak… Pozory po prostu myliły, bo raczej mało kto się spodziewał, ze ktoś taki jak ona, dość statyczny, wycofany i godzinami przesiadujący nad księgami i wypracowaniami, w przyszłości zostanie aurorem, a teraz będzie w tym jedną nogą. Tak i Laurent się zmienił, wydoroślał. Z chłopaczka szukającego atencji zmienił się w mężczyznę, który sam potrafił odpyskować i sprowokować. Ale to było kiedyś. Jak było teraz? Po szkole mało mieli ze sobą do czynienia. To nie tak, że go nie lubiła. Raczej miała po prostu z tyłu głowy, że ten wąż ma łuski o różnorakim ubarwieniu. Wąż. Nie żadna owieczka, nie słodki zajączek – choć jego spojrzenie i uśmiech mogły właśnie przywodzić na myśl skojarzenia o takich niewinnych zwierzątkach. Bezbronnych niemal. Victoria wiedziała po prostu, że nie jest bezbronny. Czy zaś był kimś wartościowym czy nie – nie znali się na tyle, by mogła to ocenić. A lata minęły; zmienili się wszak oboje.
Uniosła spojrzenie znad butelek, obróciła nieznacznie głowę, bo oto obok niej, wyrósł jak spod ziemi, Laurent Prewett. To, że do niej w ogóle podszedł, mając na uwadze właśnie odległe zaszłości, było dla niej zaskoczeniem samym w sobie. Ale jak już zostało wspomniane – ludzie się zmieniają. A upłynęło… siedem lat. To nie było nic. To było tyle, ile uczyło się w Hogwarcie – drugie tyle. Światopogląd każdej jednostki potrafił drastycznie ulec zmianie, a Victoria… Miała wyjątkowo otwarty umysł. Widziała już różne dziwne rzeczy, tak w jednym zawodzie, jak i w drugim… A teraz w trzecim. Im dalej, tym było tylko gorzej. Gorzej, bo świat też się zmieniał. I zmienił ponownie – dwa dni temu.
- Zupełnie nie. Dzisiaj mam chyba… ochotę na coś mocniejszego – odpowiedziała mu z lekkim zawahaniem. Bo czy faktycznie miała ochotę? Ano… miała. I uświadomiła to sobie dopiero, gdy wymienił te dwa znacznie delikatniejsze smaki. Zwykle wolała coś słabszego, delikatniejszego. Ale dzisiaj… Dzisiaj nie. Dzisiaj zdecydowanie potrzebowała czegoś na rozluźnienie. Czegoś co podziała, a nie tylko zakręci.
- Nie śmiałabym przyćmić dzisiejszej królowej wieczoru – uśmiechnęła się nieznacznie. Nie wiedziała, czy to z grzeczności, czy faktycznie myślał tak, jak mówił, ale było to miłe. - Dziękuję, panie Prewett – leciutko skłoniła głowę w podziękowaniu, za komplement oczywiście. Nie za wino, które jej teraz nalewał. - Ach, tak… Wstyd się przyznać, ale można powiedzieć, że uciekłam. Znudziło mnie już wysłuchiwanie kolejnych plotek od pani Rowle – to akurat była prawda, ale niecała. Była zamyślona, ale nie z powodu plotek, których treść zdążyła już zapomnieć i wcale nie słuchała uważnie. Była zamyślona, bo w głowie ciągle miała pracę, a nie przyjęcie, na którym właśnie była. I gdzie powinna się trochę rozerwać. Zapomnieć. - Skąd, ani trochę. Pewnie stałabym tu jeszcze pięć minut zastanawiając się nad winem, a tak uświadomił mi pan czego pić nie chcę – więc pomógł. Wzniosła więc kieliszek z winem nieco wyżej, w niemym toaście i zmoczyła pociągnięte czerwienią usta.