Cóż tu miało grać czy też nie… Pochodzili z rodzin czystej krwi, dość normalnym zabiegiem było, że to rodzice wybierali przyszłą żonę czy męża dla swojego dziecka – o nazwisku, które będzie im pasować i przyniesie dlań odpowiednie profity. To nie było żadne tabu, ani tajemnica, że to samo przydarzyło się Saurielowi i Victorii. Szczęściem w nieszczęściu było natomiast to, że panna Lestrange była tak wyrozumiała i cierpliwa do Sauriela (powiedzmy… bo na początku i on miał okazję poczuć, że Victoria traci cierpliwość), że nie miała ochoty go udusić, ani nic mu zrobić. Była na tyle cierpliwa, że zaczęli się ze sobą dogadywać i… Jakoś sobie ta relacja szła do przodu, mocno ściśnięta przez pewien cholerny rytuał… Więc kiedy się ich tutaj widziało, to można było się pomylić – bo to nie była ani ich decyzja, ani „nasza wspólna decyzja” podjęta jednoosobowo. Ale nie było też żadnej tragedii czy rozpaczania.
Pozwoliła panom wymienić kilka zdań, które ją gdzieś tam… ominęły sobie, kiedy tak dopasowywała się do sytuacji, czując znajome palenie pod językiem – od alkoholu, bo wody Stanley przecież nie nalał. Victoria opierała się teraz o stolik, gdy już odłożyła na wpół opróżniony kieliszek, czy cokolwiek tam do picia dostała.
- Nie, niczym specjalnym, tylko wodą. Tylko, to ważne! Absolutnie trzeba tego przestrzegać. Podlewamy tylko z samego rana, nim na dobre wstanie słońce, i wieczorem, gdy już zacznie zachodzić, albo później. Nigdy, przenigdy w środku dnia, a już na pewno nie, kiedy słońce mocno świeci! – kącik ust jej drgnął, bo przypomniała sobie absurdalną rozmowę jaką odbyła z Saurielem dotyczącą porównania wampirów do kwiatków. - Może tego nie być w podręczniku przy ogórkach, bo to bardzo ogólna zasada postępowania z roślinami. Jak się podlewa w dzień, to niestety można poparzyć rośline – były od tego odstępstwa, ale już widziała z jakimi tłukami ma do czynienia, więc wolała zasadę uprościć maksymalnie. - I absolutnie to nie może być zimna woda. Zrozumieli? – spojrzała to na jednego, to na drugiego… Tak, podlewanie roślin było ważne, tym bardziej, ze akurat byli przy tym temacie.
Kucała przy grządce, oświetlając sobie scenę różdżką, przyglądała się uklepanej ziemi, liściom, kwiatom, łodygom… Nawet dotknęła gleby, później rośliny, jednym uchem tylko słuchając co tam panowie wyczyniają… a wyglądało na to, że już zabierali się za kolejną szklaneczkę alkoholu. Chwilę później nastąpiło tyknięcie. Victoria zadarła mocno głowę w górę, spoglądając na Sauriela – ten uśmiechał się iście paskudnie. Sama zmarszczyła brwi, patrząc mu w twarz, próbując rozczytać intencje… bo chyba alkohol mu już do głowy nie uderzył? Tak, zdecydowanie oczyma wyobraźni widziała teraz różki i ogonek zakończony serduszkiem, ten machał na boki z podekscytowania.
- Robiłeś coś wcześniej z ziemią? – odwróciła się, wciąż kucając, do Stanleya. - Przekopałeś ją? Użyłeś kompostu? Czy po prostu przesadzasz ogórki z doniczek do ziemi? – zapytała miast odpowiedzieć Saurielowi. Pani Inspektor musiała się najpierw dowiedzieć pewnych rzeczy. Póki co ogórki wyglądały w porządku, ale czy ziemia była odpowiednio zadbana i nadawała się do przesadzenia warzyw?