Nigdy nie była osobą, którą można by posądzić o wielkie brylowanie w towarzystwie. Tak, odnajdowała się w tym, nauczyła się tego przez lata, tego jak prowadzić niezobowiązujące rozmówki, jak się uśmiechać, gdzie spoglądać… jak się ubrać. Bo wolała ubrać się sama niż pozwalać, by wtrącała się w to matka – a niestety czasami to robiła. Dzisiaj na szczęście pani Lestrange była myślami gdzieś zupełnie indziej, więc Victoria wszystko sama sobie podobierała – a i jej myśli gdzieś tam odlatywały… Niekoniecznie w miejsca, w które chciała się zapuszczać.
Przecież nie była dzisiaj w pracy, miała wolne, miała się odprężyć – na ile można się na takim przyjęciu zrelaksować. To wino miało jej w tym pomóc.
- Akurat dzisiaj – przyznała, a kąciki jej ust uniosły się nieznacznie. - Bardzo proszę, punkt dla pana, panie Prewett, za kompromitację reguły – konkurencja może to nie była żadna, ale gra – na pewno. Gra, w którą albo nauczysz się grać, albo pokonają cię i zjedzą na takich balach urodzinowych jak ten. Gra w towarzyskie interakcje, gra pozorów, gra słów, gra… Wielu rzeczy. Koniaku też by się napiła. Zwłaszcza dzisiaj. Pewnie pasowałby do czerni jej sukienki, ciemnych włosów i brązowych oczu, które teraz przypatrywały się czerwonemu jak szkarłat winu, gdy lekko zakołysała kieliszkiem, by pobudzić jego bukiet zapachowy i się nim nasycić jeszcze nim umoczyła usta.
- W takim razie lepiej mówić to bardzo cicho, bo jeszcze królowa balu gotowa usłyszeć – było to raczej wątpliwe. Pani Athena była daleko z tego miejsca i ona zdecydowanie brylowała, owijając się obrzydliwie drogim szalem z puffków, który dostała od kogoś w prezencie. Prawdą było jednak, że Victoria była daleka od obgadywania kreacji, sama nie wyznawała się wcale wielce na modzie, jeśli o nią chodziło, to lubiła podkreślać swoją talię, szersze biodra i jakże kobiecy biust, niekoniecznie patrzyła na to, by włożyć na siebie najnowszy krzyk mody. O ile ktoś nie wystroił się jak choinka na Yule, albo w jakiś inny kontrowersyjny sposób, to nie zwracała na to nadmiernej uwagi. Tak i ubrany w jasne kolory Laurent nie gryzł jej poczucia estetyki – żadnego komentarza więc nie zrobiła.
Victoria napięła się wyraźnie, gdy blondyn dość niewinnie zagaił temat deklaracji Voldemorta, ale trwało to ledwie kilka sekund. A może aż kilka sekund – w których Victoria nadal stała przodem do stołu i palety win, nim odetchnęła powoli, rozluźniła ramiona i również się odwróciła, by w milczeniu zlustrować otoczenie.
- Całkiem możliwe – odpowiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. - Wręcz powiedziałabym, że bardziej niż możliwe – przyznała mu rację, bo nerwowe uśmieszki wielu czarodziejów potwierdzały jego słowa: sytuacja była napięta i Victoria czuła to całą sobą tak w pracy jak i tutaj. Czuła to nawet w koniuszkach swoich prawie czarnych pukli. - Może to lepiej, że to przyjęcie wypadło właśnie dzisiaj. Ludzie mają okazję… dać upust emocjom – stwierdziła ostatecznie i leciutko zastukała bardzo kobieco wypiłowanymi i umalowanymi na czarno paznokciami. - Tego nam życzę – Victoria na moment przestała obserwować salę, a spojrzała w bok, na Laurenta, gdy ten toast, przed momentem jeszcze niemy, wzniosła. - Bez ciemności nie byłoby światła – stwierdziła filozoficznie i upiła dwa łyki wina. Nie było słodkie – i dobrze. Ale czuła pewien kwiatowy bukiet.