18.08.2023, 22:01 ✶
Miałem wyrzuty sumienia. Nie chciałem unosić głosu na Avelinę, ale obawa o nią, o jej byt, bezpieczeństwo spowodowało we mnie tak silne emocje, że nie zapanowałem nad sobą, przynajmniej nie wystarczająco... A teraz nie miałem z nią kontaktu, gdzieś zniknęła i mogłem się założyć, że naprawdę tam popłynęła, pomimo że przedstawiałem jej bardziej rozważne opcje. Jak chociażby zgłoszenie tego do Ministerstwa Magii... Ale ona nigdy nie słuchała moich rad, więc czemu tym razem miałaby to zrobić? Uparta. Niewdzięczna. I cholernie mi droga.
Naprędce przebrałem się w bardziej praktyczne ubrania na nazbyt niebezpieczne wyprawy. Ciepły sweter, wygodna kurtka, proste spodnie, a na nogach trapery na grubej podeszwie. Wyglądałem nieco jak mugol i stałem nad brzegiem, wpatrując się przed siebie, jakbym chciał tam wśród tych niewielkich kropek rozpoznać postać Aveliny. Chciałbym.
Rozejrzałem się wzdłuż brzegu i nie dostrzegłem nikogo, z kim mógłbym się zabrać na widmowy statek. Kiedyś o nim czytałem i ciekawiła mnie jego historia, ale nigdy nie spodziewałbym się, że stanę na jego pokładzie ze względu na półkrwi dziewczynę, która na dodatek gardziła moimi względami. Nie było innego wytłumaczenia jak to, że zwariowałem na jej punkcie. Powinienem siedzieć w gronie rodzinnym i świętować, a zamiast tego szukałem sposobu by się dostać na statek. Małżonka chciała mnie zatrzymać, ale wspomniałem jej krótko, że mam ostatni dzień by ujrzeć tę gnijącą ruderę i że wrócę niebawem, że zdążę... Może nie powinienem był aż tyle obiecać? Ostatnimi czasy miałem tendencje do spóźniania się na rodzinne spotkania.
Ruszyłem wzdłuż brzegu i szedłem, póki nie ujrzałem biedaka. Rybaka. Postanowiłem wypożyczyć, a może nawet wykupić od niego niewielką łódeczkę. Zaoferowałem mu pieniądze, nieco się potargowałem i wsiadłem, niezbyt pewny, co najlepszego wyrabiam, ale odepchnąłem się wiosłami. Musiałem odpłynąć od brzegu o własnych siłach fizycznych by nie wzbudzać podejrzeń, a kiedy byłem już wystarczająco od niego daleko użyłem magii by dalej brnąć przez drobne fale. Płynąłem, póki nie dopłynąłem.
To serio była rudera. Inni - ci, co przybyli tu przede mną - ewidentnie znajdowali się już na pokładzie, więc ścisnąłem mocniej swoją różdżkę w dłoni i teleportowałem się na górę, mając nadzieję, że nie będzie tam zbyt wiele znajomych twarzy. Nie wiedziałem, czego się spodziewać... Może sterty zwłok? Cokolwiek by się nie działo, byłem tu w celach czysto hobbistycznych. Przecież tak bardzo chciałem odkryć nieodkryte.
Ekwipunek: notes, pióro, dwie zwykłe świece zawinięte w materiałową chusteczkę, zapalniczka, bliżej nieokreślona kwota złożona z sykli, knutów oraz funtów zebrana w jednym mieszku, fiolka eliksiru uspokajającego i fiolka eliksiru wiggenowego
Naprędce przebrałem się w bardziej praktyczne ubrania na nazbyt niebezpieczne wyprawy. Ciepły sweter, wygodna kurtka, proste spodnie, a na nogach trapery na grubej podeszwie. Wyglądałem nieco jak mugol i stałem nad brzegiem, wpatrując się przed siebie, jakbym chciał tam wśród tych niewielkich kropek rozpoznać postać Aveliny. Chciałbym.
Rozejrzałem się wzdłuż brzegu i nie dostrzegłem nikogo, z kim mógłbym się zabrać na widmowy statek. Kiedyś o nim czytałem i ciekawiła mnie jego historia, ale nigdy nie spodziewałbym się, że stanę na jego pokładzie ze względu na półkrwi dziewczynę, która na dodatek gardziła moimi względami. Nie było innego wytłumaczenia jak to, że zwariowałem na jej punkcie. Powinienem siedzieć w gronie rodzinnym i świętować, a zamiast tego szukałem sposobu by się dostać na statek. Małżonka chciała mnie zatrzymać, ale wspomniałem jej krótko, że mam ostatni dzień by ujrzeć tę gnijącą ruderę i że wrócę niebawem, że zdążę... Może nie powinienem był aż tyle obiecać? Ostatnimi czasy miałem tendencje do spóźniania się na rodzinne spotkania.
Ruszyłem wzdłuż brzegu i szedłem, póki nie ujrzałem biedaka. Rybaka. Postanowiłem wypożyczyć, a może nawet wykupić od niego niewielką łódeczkę. Zaoferowałem mu pieniądze, nieco się potargowałem i wsiadłem, niezbyt pewny, co najlepszego wyrabiam, ale odepchnąłem się wiosłami. Musiałem odpłynąć od brzegu o własnych siłach fizycznych by nie wzbudzać podejrzeń, a kiedy byłem już wystarczająco od niego daleko użyłem magii by dalej brnąć przez drobne fale. Płynąłem, póki nie dopłynąłem.
To serio była rudera. Inni - ci, co przybyli tu przede mną - ewidentnie znajdowali się już na pokładzie, więc ścisnąłem mocniej swoją różdżkę w dłoni i teleportowałem się na górę, mając nadzieję, że nie będzie tam zbyt wiele znajomych twarzy. Nie wiedziałem, czego się spodziewać... Może sterty zwłok? Cokolwiek by się nie działo, byłem tu w celach czysto hobbistycznych. Przecież tak bardzo chciałem odkryć nieodkryte.
Ekwipunek: notes, pióro, dwie zwykłe świece zawinięte w materiałową chusteczkę, zapalniczka, bliżej nieokreślona kwota złożona z sykli, knutów oraz funtów zebrana w jednym mieszku, fiolka eliksiru uspokajającego i fiolka eliksiru wiggenowego