19.08.2023, 00:41 ✶
1967
Wszystko miało swój koniec. To nie była pocieszająca myśl, ale Marta Warren – jako duch z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, wiedziała o tym aż za dobrze. Przetrwała już kilkadziesiąt takich końców i chociaż zawsze wydawały jej się wydarzeniami smutnymi i tragicznymi, to jednocześnie były… naturalną koleją rzeczy.
Ten kolejny nadszedł dla niej pewnego upalnego czerwcowego wieczora 1967 roku. Marta wisiała w górnym rogu Wielkiej Sali i obserwowała jedzących pożegnalną ucztę uczniów. Była nieruchoma, znowu smutna, z niezadowolonym grymasem wypisanym na półprzezroczystej, okrągłej twarzy. Tym właśnie różniły się dla niej zakończenia roku szkolnego od jego początku. W czasie tamtych czuła się częścią większej społeczności, nieodzownym fragmentem malowniczego krajobrazu Hogwartu. Podczas uczt pożegnalnych było zupełnie inaczej. Jak żadnego innego dnia, docierało do niej, że była kompletnie zbędna. Uczniowie dorastali i opuszczali mury Hogwartu a ona ciągle pozostawała… tylko drugoroczną krukonką.
Lata się zmieniały, mijane twarze, rysujące się na twarzach profesorów zmarszczki pogłębiały – ale ona pozostawała taka sama. Tamtego wieczoru nawet nie ukrywała, że obserwuje siedzącego za stołem Sauriela. Wierciła wzrokiem jego plecy, zastanawiając się dlaczego musiał dorosnąć. A potem nawiedziła ją jeszcze jedna, bardzo przykra myśl, że jeśli kiedyś jeszcze się spotkają to on będzie już mężczyzną w średnim wieku i wcale nie będzie taki śliczny jak teraz. Może nawet go nie rozpozna, albo rozpozna i będzie się wstydziła, że kiedyś tak głęboko siedział w jej głowie, że wyobrażała sobie, jakby to było, gdyby tylko umarł w odpowiednim czasie.
Marta skrzywiła się brzydko, gdy niedaleko niej przeleciał chichoczący Irytek. O jak bardzo nienawidziła tego samolubnego poltergeista! Ale patrząc na niego dotarło do niej, że tak właściwie to już nie musiała się ukrywać.
Sauriel i tak nie zrozumie, ale dla niej to będzie jakieś takie pożegnanie?
Zaczekała aż wyjdzie z Wielkiej Sali i skieruje się ku dormitorium. Wypatrywała go z końca korytarza by, gdy tylko zdobyła się na odwagę, ruszyć w jego stronę. Sunęła w jego kierunku. Marta chciałaby, żeby patrząc na nią, Sauriel użył słowa: „majestatycznie”, ale równie dobrze mogła wyglądać jak zwykle. Po prostu płynęła przez korytarz. W jej głowie szumiało. Chciała mu coś powiedzieć. Nic zdrożnego. Nic wrednego lub wstydliwego.
Raczej jakieś takie: Znam cię i lubię. Jesteś fajnym chłopakiem, wiesz? Dasz sobie radę w życiu! Wierzę w ciebie! Chciałabym dorosnąć razem z tobą. Chciałabym…
Ale się nie odezwała. Zamiast tego skrzywiła się, jakby szykowała do wybuchu histerycznego płaczu i przepłynęła przez Sauriela. Żegnaj, Czarny Kocie, pomyślała w chwili, w której przeniknęła przez jego ciało (a Rookwooda nawiedziło uczucie jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody). A potem czmychnęła do swojej łazienki, by w ulubionej kabinie zanieść się szlochem.