Od śmierci ojca trzymała się całkiem nieźle, o ile tak to można nazwać. Być może uśmiechała się nieco mniej, odzywała znacznie rzadziej, ale hej! Wciąż tu była i żyła. Zrozumiała już, że najlepszym dla niej rozwiązaniem będzie rutyna, której za wszelką cenę starała się trzymać. Dni nie różniły się od siebie i chyba tylko to pozwalało jej nie popaść w letarg. Z początku nie planowała wyruszać na statek, wiedząc że może okazać się kulą u nogi, zupełnie tak jak ostatnio, w trakcie ataku na sabat. To, co skłoniło ją do zmiany zdania, to że znaczna część jej najbliższych postanowiła zająć się tą sprawą. Oczywiście, że nie odpuściliby. A ona, nie mogłaby pozwolić by ponownie znaleźli się w niebezpieczeństwie, bez bezpośredniego dostępu do medyka. Tym sposobem jej rutyna została przerwana, a ona, wyposażona w elksiry od swojej przyjaciółki znalazła się w łódce, która dostarczyć ich miała na miejsce.
- Zanosi się na deszcz - zauważyła ni stąd ni zowąd, szturchając lekko Avelinę w bok. I nijak to miało do panującej pogody. Zdecydowanie była przeciwna temu, by Paxton wyruszała razem z nimi, jednak czy mogła jej tego zabronić? Powinna. Mogła? Otóż... nie do końca.
W milczeniu przysłuchiwała się rozmowom kuzynostwa. Kiedyś pewnie nawijałaby równie tyle co kuzynka, a towarzyszący im czarodzieje w pewnym momencie stwierdziliby, że panny Longbottom powinny w końcu się uciszyć i jeżeli tego nie zrobią, ktoś w końcu im w tym pomoże (na przykład wrzucając do wody), tym razem jednak nie odzywała się praktycznie wcale. Lekko zmrużonymi oczyma przyglądała się kuzynce oraz kolorowym niciom, jakie łączyły ją z poszczególnymi osobami obecnymi na łódce. Wyraz jej twarzy był raczej neutralny i nie zdradzał zbyt wiele. Gdy dotarli na miejsce z cichym pyknięciem aportowała się na pokład.
Pozwoliłam sobie nie rzucać na nici powiązań, gdyż graczka jest okej z tym, by poznać nici bez rzucania kością. Jeżeli jednak MG jest innego zdania, rzucę
beauty and terror
just keep going
no feeling is final